Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SF. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SF. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 kwietnia 2015

Sowie Zwierciadło

Na siódmy tom cyklu "Oko Jelenia" przyszło nam długo czekać, by zgłębić kolejne przygody Marka Oberecha, Staszka i Heleny. Empik zachęcał: "To bardzo złe miejsce i bardzo zły czas. Jesień 1864 roku. Rzucony tu Staszek musi uratować dziewczynę, a przy okazji zmienić bieg historii. Historii, której zmienić się przecież nie da, a nieświadomy chłopak już na początku pozbawia życia ośmiu uzbrojonych Rosjan. Co dalej?". 



Dalej oczywiście trudniej i bardziej wariacko. Z jednej strony Marek - w teraźniejszości - poszukuje śladów Staszka, na wyraźną "prośbę", a raczej groźbę, jego ojca i jego zbirów. Z drugiej strony Staszek - w 1864 roku próbuje się odnaleźć w rzeczywistości, uratować ukochaną, wyjść cało z opresji, przygwoździć na amen Skrata - kosmicznego Nomadę, przez którego całe to zamieszanie wynikło - bombą ograniczonego rażenia, którą otrzymał od Kota (po raz kolejny, jak nie w RPG-u to w książce motyw kociej ingerencji w rzeczywistość). Prawdopodobnie jeszcze do końca nie uzmysławiamy sobie, że to tak naprawdę Koty rządzą światem, a nam się tylko wydaje, że to ludzkość jest na piedestale...

Nie będę opowiadać treści, każdy kto zna serię, sam może uznać czy chce poznać kolejny tom. Powiem tylko, że nie ostatni. Chociaż wydawać by się mogło, że wszystko się w miarę rozwiązało, pojawiają się kolejne poszlaki i niewiadome. Zmieniona rzeczywistość spłatała Staszkowi figla - jego ukochana była wcześniej zaręczona, a on niechcący uratował jej narzeczonego od zesłania na Sybir. Po raz kolejny wypłynęła tajemnica Oka Jelenia. Warto by do niej wrócić... no i pytanie czy Staszek i Marek się jeszcze spotkają? I jak może dojść do spotkania jeśli jeden nie żyje od 150 lat, a podróże w czasie do współczesności są już niemożliwe. Autor wymyślił ciekawe rozwiązanie.

W ogóle, o ile "Zaginiona" - czwarty tom do "Kuzynek" bardzo mnie rozczarował, tak "Sowie Zwierciadło" zachwyciło. Czysta akcja, żadnego politykowania... przygoda w każdym calu... i do tego przenikanie z opowiadań - pojawia się postać Roberta Storma, który wtrącił trzy grosze do poszukiwań. Z przyjemnością więc będę oczekiwać na tom ósmy. :)

czwartek, 6 listopada 2014

Za co kochamy Vuko Drakkainena

At last! Skończyłam, niestety :( Przeczytałam Pana Lodowego Ogrodu. Nie lubię zakończeń, bo dopóki akcja trwa, jest adrenalina, a potem następuje takie leniwe rozluźnienie... czy książka zakończyła się happy endem? Ciężko powiedzieć. Autor pozostawił lekko otwartą furtkę. Jeśli przyjdzie mu do głowy napisanie piątego tomu, punkt wyjściowy z pewnością ma.


Nie będę się powtarzać, recenzję 1 tomu można znaleźć tutaj. A teraz mogę przytoczyć argumenty ZA dla tych, którzy nie dobrnęli do drugiego tomu i kolejnych...

 A co nam prezentuje Empik? Planeta Midgaard. Główny bohater Vuko Drakkainen zostaje wysłany tu, by sprowadzić na ziemię grupę naukowców. Na miejscu okazuje się, że jeden z zaginionych, Pier van Dyken, nauczył się władać pierścieniami i zmienia planetę według swoich kaprysów... Na domiar złego Vuko przegrał pierwsze starcie z Pierem i został zamieniony w drzewo. Po uwolnieniu się nie jest juz tym samym człowiekiem. Poprzysiągł sobie jednak, że zgładzi tego, kto mu to zrobił... Tymczasem młody cesarz Filar podróżuje z Brusem po ziemiach zniszczonych przez wojnę. Na swojej drodze spotyka kobietę z... przeszłości.

O mój Smoku! Coś się komuś chyba troszkę pokróliczkowało. Jakie pierścienie? Jaka kobieta z przeszłości? Najważniejsze to samemu ocenić książkę po treści (a nie okładce), nie słuchać opinii tylko wyrobić ją sobie samemu.
Dlaczego więc tak wiele osób zniechęciło się po 1 tomie?


Zapewne zakończenie książki w midgaardowym odpowiedniku Ogrodu Rozkoszy Ziemskich wpłynęło na ocenę czytelników. Poziom psychodelii był wysoki, ale to nie autor zwariował, a jeden z ziemskich naukowców, "Król Węży". Dać komuś odrobinę władzy i palma odbija... czasem trochę więcej niż można przypuszczać. Ponieważ moim ulubionym bohaterem był Vukko Drakkainen, nie mogłam go opuścić po pierwszym tomie. Zamieniony w drzewo, Śpiący Na Drzewie, Śpiący w Drzewie... niczym Odyn ofiarowany na Drzewie Światów i przez lokalnego "Odyna" uwolniony, poprzysięga zemstę i dokończenie misji.

Nic jednak nie jest już takie jak dawniej. Vukko stracił swoje przedmioty (ubranie, miecz itp.), swoje umiejętności (zdolności językowe, tryb walki). Również Cyfral się przeobraziła. Z symbiotycznego grzyba sczepionego z pniem mózgu nosiciela manifestowała się na zewnątrz w formie mangowej wróżki z tęczowymi skrzydełkami. Jej pomoc była nieco ograniczona, ale kilkakrotnie udało jej się uratować Drakkainenowi tyłek.

Dwie historie: Vukko i Filara (ostatniego cesarza Amitraju) wciąż się przeplatają. Bohaterowie spotykają się dopiero w drugiej połowie III tomu. Przeżyli wiele, ale bez tego nie staliby się tymi, którymi się stali. Nie przeszkadzało mi przerzucanie historii od jednego do drugiego, stanowiło to ciekawą odmianę i uczyło cierpliwości.

Każdy z przybyszów zza Morza Gwiazd posiadł ogromne moce. Inaczej jednak na nie zareagował: przerażeniem, niedowierzaniem, szaleństwem tworzenia i chęcią obrony. Najłagodniejszy był Pan Lodowego Ogrodu, ale i on potrafił pokazać pazur by bronić swojej siedziby, Pani Bolesna popadła "szczęśliwie" w szaleństwo, spacyfikowana, była w miarę niegroźna, Ifrija i Aaken - idealna para destruktorów, ale jak uczy ludowe przysłowie: nosił wilk razy kilka... Walka na Wyspie Śmierci to majstersztyk. Każdy trafił tam z jedną rzeczą: Włócznią Głupców, biczem z jadem z żagiewnicy, soplem lodu i śliwką. Kogo byście obstawili? Wynik był naprawdę nieoczekiwany (chociaż ja dobrze obstawiłam podobnie jak Kruczy Cień. Martwy Śnieg spadł, ale tym razem było inaczej niż zwykle. Ludzie pamiętali (nie wszystko, wybiórczo, nie wszyscy), ale wiedzieli, że po raz kolejny od.... w Midgaardzie nastąpił koniec świata.

Czy Vukkowi udało się ewakuować naukowców? Został czy poleciał do "domu"? Co tak naprawdę było jego domem? Gdzie osiądzie Filar, syn Oszczepnika, dziedzic Tygrysiego Tronu? Czy cała magia zniknęła z tego świata? Kim byli jego mieszkańcy? Skąd się wywodzili? Czym były Uroczyska? Na te i wiele innych pytań uzyskujemy odpowiedź, a potem autor dopisuje epilog... i czytelnik wstrzymuje oddech. Będzie się jeszcze działo? Nie obraziłabym się na tom 5! :)

 

sobota, 4 października 2014

Pan Lodowego Ogrodu

Powieść „Pan lodowego ogrodu. Tom 1” Jarosława Grzędowicza to początek serii przygód Vuko Drakkainenea. Główny bohater Vuko Drakkainen zostaje wysłany na planetę Midgaard. Mimo że zamieszkują ją człekopodobne stwory, ma zakaz jakikolwiek kontaktów z nimi i ingerowania w rozwój ich nieznanej kultury. Jego zadaniem jest odnaleźć i ewakuować wysłaną tu wcześniej ziemską ekipę badawczą. Trafia jednak na okres najgorszy z możliwych. Na planecie trwa wojna bogów... 

Tyle pochwalił się Empik. Do Pana Lodowego Ogrodu przymierzałam się już dość dawno, ale do przeczytania zmobilizowała mnie świeżo wydana planszówka (czysty obłęd), jeszcze w dość niewielkim i kolekcjonerskim wydaniu, ale mam nadzieję, że wyjdzie w większej ilości egzemplarzy no i chociaż troszkę stanieje... Niemniej jednak warto by wcześniej zapoznać się z książką. Połączenie SF-ki, fantasy, różnych mitologii, pośród których kłania się germańska, fińska (jakimś dziwnym trafem krewni głównego bohatera noszą imiona fińskich bóstw i herosów). Krótkie wprowadzenie na Ziemii, a potem zostajemy przeniesieni na drugi koniec kosmosu. Welcome to Midgaard! Nikt nie obiecywał, że będzie miło i przyjemnie.

Główny bohater od dawna przygotowywał się do tej podróży, zarówno poprzez poznanie stylów walki, języka, kultury mieszkańców jak i specjalnemu wszczepowi grzybnemu - cyfralowi - który pozwalał na drobne "oszustwo"  - posiadanie ponadnaturalnych mocy - zwiększenia zdolności wszystkich zmysłów (kosztem utraty sił i energii, ale zawsze). Dzięki temu udało mu się przeżyć w wielu nieprzewidzianych okolicznościach.

W książce przeplatają się dwie opowieści - historia ostatniego władcy Tygrysiego Tronu i  poszukiwania poprzedniej ekipy badawczej przez Vukko Drakkainena. Do końca książki bohaterowie obu historii nie spotkali się, ale podejrzewam, że nastąpi to w kolejnych tomach.

Można tu spotkać echa różnych wcześniejszych lub późniejszych wątków... "Zakon Krańca Świata" M.L.Kossakowskiej (samotna misja w przedziwnym świecie), "Silentium Universi" D. Domagalskiego (choćbyśmy się nie wiem jak przygotowali na wyprawę na koniec wszechświata nie zawsze zastaniemy to, czego się spodziewaliśmy), "Sztejer" R. Forysia (z czym to przyjdzie walczyć po postapokalipsie...), seria "Oko Jelenia" A. Pilipiuka (wątki SF i radzenie sobie w całkiem innych okolicznościach przyrody), wątki mitologii germańskiej (Odyn, kruki, poświęcenie na drzewie światów), mitologii fińskiej (uroczyska, mateczniki i różne stwory je zamieszkujące), kłania się też Hieronim Bosh (tu z kolei sięgnęłabym do filmu "Silent Hill" i hieronimopodobnych stworów),  pewnie mogłabym wymieniać jeszcze wiele pozycji, ale mimo to książka zachowuje indywidualność i ciekawi co jest dalej... popełniłam rzecz niewybaczalną, mając pod ręką tylko 1 i 4 tom zajrzałam jak cała historia się kończy. Spojlerowanie mi nie przeszkadza, teraz tylko muszę doczytać jak do tego doszło. 

Historia wciąga... nasz bohater jest prawie goły jak święty turecki... prawie jednak stanowi istotną różnicę. Ma cyfrala, który wspomaga go w okolicznościach nieprzewidzianych... przeżywa rzeczywistość koszmarną jak sen wariata i próbuje się jakoś w niej odnaleźć, a nawet (niechcący) zaprzyjaźnić z odpowiednikami naszych ziemskich wikingów... tymczasem przyszły władca Tygrysiego Tronu trenuje swoje bystretki... różowy kolor znika z palety i w miarę kolejnych nastu.. dziesięciu... stu stron jest mroczniej i mroczniej. Mam kilka podejrzeń i przypuszczeń, ale tym razem będę cierpliwa i poczekam na ich potwierdzenie bądź zaprzeczenie w kolejnych tomach. A czytać je na pewno będę. :)

poniedziałek, 1 września 2014

Firefly

Swego czasu obejrzałam film "Serenity", który stanowił wspaniałą, steampunkową SF-kę i bardzo mi się podobał. Po kilku latach dowiedziałam się, że w sumie to zaczęłam od d... strony, bo powinnam poprzedzić go serialem "Firefly". Nic to, edukację należy uzupełniać. Serial jest bardzo zachęcający, łączący dwa gatunki, niestety trwa zaledwie jeden sezon. Nie zyskał popularności w Ameryce i został zdjęty z anteny. Po kilku latach dokręcono film, stanowiący zwieńczenie historii. Nie będę opisywać wspaniałości serialu, zrobiła to za mnie Morgiana, a jej opis można przeczytać TUTAJ. Nie muszę dodawać, że gra w nim mój ulubiony Nathan Fillion (tak, tak, mógłby pretendować do miana mężczyzny idealnego), znany chociażby jako główny bohater serialu "Castle", niedawno zresztą opisywany... "Firefly" zasłużył sobie na posiadanie galerii na kolejnej talii kart.

piątek, 8 sierpnia 2014

Bardzo battlestarowo

Battlestar Galactica planszowa w pełni to podstawka wraz z trzema dodatkami, dającymi ogromne możliwości i znacznie urozmaicającymi grę. Ciężko tylko będzie zdecydować czy wykorzystać je wszystkie czy tylko niektóre? Karty można dołączyć i poszerzyć talię, a w razie potrzeby rozdzielić (każda karta dodatku ma malutki symbol w dolnym prawym rogu, pozwalający na rozróżnienie danej części).
Kolejnym dylematem jest wybranie postaci. Można się zastanawiać przy podstawce, dodatki poszerzają możliwości i już wiem, że będę się długo zastanawiać, chociaż pewnie będę wierna zasadzie: gram pilotem. 
Instrukcja wygląda na przejrzystą i taką mam nadzieję odnaleźć "w praniu", dodatkowe plansze, karty śliczne, nie mówiąc już o "żywych" basestarach, centurionach itp. Teraz nic tylko grać!


„W imieniu oficerów i załogi Pegasusa, dobrze was wszystkich widzieć. Witajcie z powrotem we flocie kolonialnej.”
-Admirał Helena Cain



Przybył Battlestar Pegasus, zwiastując nową erę w życiu załogi Galactici i władz kolonialnych, dostarczając siły roboczej i siły ognia, których ludzkość tak rozpaczliwie potrzebowała, by kontynuować walkę z Cylonami. 


Jednak pod dowództwem Admirał Cain, nie ma miejsca na współczucie i litość. Brutalny przymus i trudne decyzje osłabiają moralny kompas ludzkości. Jednak zmiany zachodzą również w Cylonach. Im dłużej wystawieni są na wpływ ludzi, tym mocniej zaczynają kierować się własnymi, indywidualnymi intencjami. Gdy jesteś w rozpaczliwej potrzebie i nie wiesz komu ufać, linia pomiędzy dobrem a złem zaciera się coraz bardziej.



Dodatek Pegasus do Gry planszowej Battlestar Galactica pozwoli graczom poznać kolejny rozdział popularnej serii science-fiction. Oprócz nowych Punktów docelowych, Kryzysów, Superkryzysów, Lojalności i umiejętności, dodatek ten oferuje graczom nowość, w postaci kart umiejętności Zdrady, przedstawiających podstępne metody, wykorzystywane do sabotowania wysiłków ludzkości. 


Nowe postacie z tego dodatku, pozwalają graczom wcielić się w Przywódców Cylonów, którzy wygrywają lub przegrywają w oparciu o własne tajemnicze cele. Nowe plansze pozwalają postaciom odwiedzić zarówno Pegasusa jak i Nową Capricę. Grając z kartą celu Nowej Caprici, ludzkość trafi pod rządy Cylonów i będzie musiała bronić się przed ciemiężcami, póki Galactica nie powróci na orbitę, umożliwiając brawurową ucieczkę.

  
„Będziemy z nimi walczyć do upadłego.”
-Kara Thrace


 Zawartość pudełka:
  • plansza Pegasus;
  • plansza New Caprica;
  • 7 kart postaci;
  • 18 tekturowych żetonów (7 żetonów postaci, 1 żeton pilota, 4 żetony sił okupacyjnych, 4 żetony uszkodzeń Pegasusa, 1 żeton szramy, 1 lokacja cylonów;
  • 82 duże karty (20 kart kryzysu, 30 kart kryzysu New Caprica, 3 karty lojalności, 12 kart motywów, 9 kart kworum, 5 kart wyjątkowego kryzysu, 1 karta admirała, 1 karta prezydenta, 1 karta informacyjna infiltracji;
  • 64 małe karty (5 kart zdolności przywódczych, 5 kart zdolności taktycznych, 12 kart zdolności politycznych, 5 kart zdolności pilotażu, karty zdolności inżynierskich, karty zdolności oszustwa, 5 kart celu, 1 karta celu New Caprica;
  • 2 plastikowe Basestary;
  • 7 plastikowych podstawek postaci;
  • instrukcja.
 -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Ludzkość ponownie uciekła Cylonom i wznowiła swoje poszukiwania legendarnej Ziemi. Niestety, dawni oprawcy nie dają za wygraną. Co gorsza, członków Floty Kolonialnej nawiedza mroczna przeszłość. Walka o przetrwanie zaowocowała poświęceniami, kompromisami i straszliwymi błędami. Kiedy przyjdzie czas, aby wspólnie przeciwstawić się wrogom, czy ludzie ci będą w stanie przezwyciężyć własne bolesne sekrety? Jak zareagowałaby jedna z tych osób, gdyby dowiedziała się, że wspomnienia jej ludzkiego życia są kłamstwem? Co, jeśli tak naprawdę jest jednym z Ostatecznej Piątki Cylonów?

Rozszerzenie Exodus do Gry planszowej Battlestar Galactica pozwoli graczom poznać kolejny rozdział popularnej serii science-fiction. Oprócz nowych kart postaci, Punktów docelowych, Kryzysów, Superkryzysów, Lojalności, Kworum i umiejętności, niniejsze rozszerzenie oferuje graczom trzy interesujące warianty, które można ze sobą w dowolny sposób łączyć. Wariant Konfliktu Lojalności wprowadza do gry nowe rodzaje kart Lojalności, karty Osobistych celów i karty Ostatecznej Piątki, które utrudniają grę i wywołują jeszcze większa paranoję. Wariant Cylońskiej Floty wprowadza planszę Cylońskiej Floty, nową kartę pozycji CAG-a i plastikowe vipery kolonialne mk. „VII”, zwiększając tym samym nacisk na walkę kosmiczną. Wariant Mgławicy Jońskiej wprowadza nowy warunek zwycięstwa, wykorzystujący nowe żetony i karty Sprzymierzeńców, żetony traumy i karty Rozstajów. Ten wariant zwiększa interakcje między graczami i dodaje postaciom głębi, a także zapewnia emocjonujący finał – niezapomnianym proces sądowy, który raz na zawsze wykaże, kto jest godny kontynuować poszukiwania Ziemi!

Zawartość pudełka:
  • Instrukcja
  • Plansza Cylońskiej Floty
  • 4 karty postaci
  • 4 żetony postaci
  • 1 żeton broni nuklearnej
  • 1 znacznik cylońskiego pościgu
  • 38 żetonów traumy
  • 35 żetonów sprzymierzeńców
  • 6 alternatywnych żetonów uszkodzeń basestarów
  • 1 żeton pilota
  • 40 kart Kryzysów
  • 35 kart Sprzymierzeńców
  • 20 kart Lojalności
  • 7 kart Rozstajów
  • 3 karty Kworum
  • 3 karty Superkryzysów
  • 1 alternatywna karta Admirała
  • 4 karty umiejętności Taktyki
  • 4 karty umiejętności Zdolności przywódczych
  • 1 karta pozycji CAG-a
  • 4 karty umiejętności Polityki
  • 4 karty umiejętności Pilotażu
  • 4 karty umiejętności Techniki
  • 7 kart Punktów docelowych
  • 1 karta Mgławicy Jońskiej
  • 4 vipery mk. „VII”
  • 4 cylońskie raidery
  • 4 plastikowe podstawki do postaci

 ---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


„Przybyłem zaoferować sojusz pomiędzy ludźmi i Cylonami…
i szansę na zakończenie poszukiwań.”

– Leoben Conoy


Źródło ogromnych nadziei, Battlestar Galactica, rozpada się i słabnie. Teraz tylko jeden okręt może zabezpieczyć przyszłość tych, którzy liczą na odnalezienie spokojnej przystani. Wiedziony przez nieznane siły Demetrius wytycza kurs pośród gwiazd… wytycza kurs na dom. W tych rozpaczliwych czasach zarówno ludzie jak i Cyloni muszą wziąć sprawy w swoje ręce. Dla niektórych oznacza to postawienie wszystkiego na jedną kartę. Dla innych oznacza to bunt.


Rozszerzenie Świt (Daybreak) do gry planszowej Battlestar Galactica umożliwi graczom poznanie ostatniego rozdziału popularnej serii science-fiction. Aby przetrwać, flota ludzi musi uporać się ze zdradą, groźbą buntu i tajemniczymi motywami Przywódców Cylonów. Dodatek wprowadza do rozgrywki wiele nowych, ekscytujących elementów:


  • Dwanaście nowych postaci otworzy przed graczami nowe możliwości, w tym szansę zagrania jako Przywódca Cylonów.
  • Nowe karty umiejętności oraz żetony cudu pozwolą graczom na zastosowanie nowych strategii.
  • Nowe karty Kryzysów i karty Buntu zmuszą graczy do kwestionowania władzy albo wyślą ich do „Aresztu”.
  • Wariant „Poszukiwanie Domu” wprowadza do gry nową planszę i wiąże się z niebezpiecznymi misjami, ale daje graczom szansę dotrzeć w końcu na Ziemię.


Te wszystkie nowe możliwości sprawią, że zmagania pomiędzy ludźmi i Cylonami staną się bardziej zaciekłe niż kiedykolwiek!

„Jeśli wykonamy tę misję, Galactica zaprowadzi nas do domu.”
– Admirał William Adama


Zawartość pudełka:
  • Instrukcja
  • Plansza Demetriusa
  • Plansza zbuntowanego basestara
  • 12 kart postaci
  • 1 nakładka na Obszary Cylonów
  • 12 żetonów postaci
  • 1 nakładka na Colonial One
  • 4 żetony pilotów
  • 10 żetonów cudu
  • 1 znacznik przynależności basestara
  • 30 kart Kryzysów
  • 2 karty Lojalności
  • 22 karty Buntu
  • 8 kart Misji
  • 14 kart Motywów
  • 1 karta Infiltracji
  • 5 kart umiejętności Zdolności przywódczych
  • 5 kart umiejętności Polityki
  • 5 kart umiejętności Taktyki
  • 5 kart umiejętności Pilotażu
  • 5 kart umiejętności Techniki
  • 1 karta Ziemi
  • 26 kart umiejętności Zdrady
  • 4 plastikowych centurionów
  • 4 plastikowe raptory bojowe
  • 12 plastikowych podstawek do postaci

sobota, 2 sierpnia 2014

Hołd dla Battlestar Galactici

Battlestar Galactica wywiera na oglądających niezatarte wrażenie, albo się ją kocha albo omija z daleka (chociaż tej postawy nie rozumiem). Świeżo po zapoznaniu się z serialem, poznaniu niemal na pamięć ścieżki dźwiękowej, po kilku sesjach RPG battlestarowego (z genialnym mistrzostwem Morgiany), że o rozegraniu planszówki stworzonej na bazie serialu nie wspomnę, postanowiłam ukoronować tort wisienką.

W wiadomym miejscu zamówiłam (wybrawszy wpierw odpowiednie zdjęcia pod odpowiednie karty i mam nadzieję, że w miarę udało mi się osiągnąć efekt) talię kart. Jedyny jej minus to fakt, że posiada dwa Jokery zamiast trzech, ale karty są do podziwiania, a nie do grania - dla specjalnych i niezmordowanych uczestników RPG-teamu. :)


niedziela, 15 czerwca 2014

Długa Ziemia

Niezwykły mariaż Terry'ego Pratchetta i Stephena Baxtera zaowocował nową serią SF... długą serią. :) Na razie zostały wydane: Długa Ziemia, Długa Wojna, czekam na tłumaczenie Długiego Marsa - III części. Tłumacz dobrze znany ze Świata Dysku, Piotr Cholewa, zapewnia czytelnikowi dobry odbiór utworu. Ale do rzeczy, z czym to się je? Dlaczego Ziemia jest długa?


Rok 1916, front zachodni. Szeregowy Percy Blakeney budzi się, leżąc w świeżej, bujnej trawie. Słyszy głosy ptaków i szum wiatru wśród drzew. Co się stało z błotem, krwią i pooranym pociskami krajobrazem ziemi niczyjej? A skoro już o tym mowa, co się stało z Percym?

Rok 2015, Madison, stan Wisconsin, USA. Policjantka Jessica Jansson bada spalony dom unikającego ludzi naukowca, który zniknął bez śladu. Przeszukując pogorzelisko, znajduje niezwykły przedmiot: pudełko mieszczące w sobie kilka prostych obwodów, trójpozycyjny przełącznik oraz... ziemniak. To prototyp wynalazku, który na zawsze zmieni sposób, w jaki ludzkość widzi świat.

Na początku wybuchła "bomba" - ziemia nie jest pojedyncza... zaledwie jeden krok dzieli każdego od przekroczenia na równoległą planetę, a przekroczenie jest banalnie proste... budowa krokera jest powszechnie dostępna w sieci... trzeba tylko do środka włożyć ziemniak i własnoręcznie domknąć obwody. Lekki szum w uszach, uczucie nudności i szast prast krajobraz się zmienia. Trafiliśmy na nową ziemię... np. zachód 1. Podróżować bowiem można tylko na zachód lub wschód. Skoro się powiedziało A, trzeba i powiedzieć B... może jeszcze jeden kroczek? I jeszcze jeden...?

Początki były trudne, krokery najczęściej budowały dzieci i... znikały, niczym pod wpływem muzyki flecisty z Hamelin. Z powrotem bywało różnie, zwłaszcza jak wylądowało się w środku nocy w ciemnym lesie. Bohaterem Dnia Przekroczenia stał się Joshua Valiante, naturalny przekraczający, który nie potrzebował żadnych artefaktów... może miał z tym coś wspólnego fakt, że Joshua po raz pierwszy przekroczył w chwili swoich narodzin? Kto to wie... Niemniej jednak pomógł wszystkim zagubionym przekraczającym i sprowadził ich na Ziemię Podstawową, pozostając, mimo światowej sławy, bardzo skromnym człowiekiem.

Długa Ziemia to niekończący się ciąg ziem alternatywnych, stwarzających różne warunki do życia, w zależności od wariantów ukształtowania się planety. Jedne były bardzo zbliżone do Ziemi Podstawowej, inne diametralnie się od niej różniły: warunkami geologiczno-klimatycznymi, florą i fauną... na niektórych dinozaury nie wyginęły tylko wyewoluowały, inne posiadały śródlądowe morza lub kontynentalne pustynie. Ludzka ciekawość jednak zawsze zwycięża rozsądek i pcha gatunek do eksploracji. Drugą fazą była pionierska kolonizacja Długich Ziem. Tyle możliwości ile alternatyw, prawie każdy znalazł dla siebie coś odpowiedniego, o ile miał odpowiednią ilość samozaparcia, chęci i żyłkę przygody.

Do trzeciej fazy można zaliczyć tajemniczą wyprawę Joshuy i Lobsanga - genialnego systemu komputerowego i reinkarnacji tybetańskiego mechanika samochodowego w jednym. Dzięki podróży sterowcem przez wykroczne ziemie mogli prowadzić rozmaite badania naukowe i prowadzić zapiski z podróży.

Nie opowiadam całej książki, to zaledwie początek. Wciąga jak bagno Shreka, kusi do 3:00 w nocy i uspokaja, bo drugi tom leży nieopodal....


Jeden świat to za mało…
Długa Ziemia stoi otworem. Ludzkość rozprzestrzeniła się po niezliczonych światach, a flotylle sterowców łączą je, wspomagając wyprawy badawcze, wymianę handlową i rozwój kultury.
Jednak gdy cała ludzkość kształtuje Długą Ziemię, ona sama też wpływa na ludzi. A zbliża się punkt kolizji kilku ważnych kryzysów.
Ponad milion kroków od oryginalnej Ziemi Podstawowej, wyrasta nowa Ameryka – młody naród, który dość ma słuchania Podstawowego Rządu.
Trolle – pełne gracji stworzenia obdarzone świadomością zbiorową, których pieśń rozbrzmiewała kiedyś na całej Długiej Ziemi – wobec niepowstrzymanego marszu ludzkości zaczynają milknąć... i znikają.
To Joshua Valienté, który – w towarzystwie wszechwiedzącej istoty znanej jako Lobsang – przed laty zbadał te równoległe światy. I do Joshuy Valienté Długa Ziemia zwraca się teraz o pomoc. Ponieważ pojawia się całkiem realna groźba wojny...wojny, jakiej ludzkość jeszcze nie prowadziła.

Długa Ziemia pociąga za sobą wiele pytań i zagadnień. Czy powinno się przekraczać? Są naturalni przekraczający, przekraczający za pomocą krokerów i fobiki - którzy nie mogą przekraczać, chyba że ktoś ich przeniesie na własnych rękach. Czy dany kraj ma prawo rzucać cień na wszystkie ziemie i wymagać bezwzględnego posłuszeństwa od obywateli, którzy znajdują się milion ziem dalej? Czy ci, którzy przekroczyli stają się naszymi wrogami? Nie pracują dla ogólnego dobra... nie płacą podatków, nie ma z nich wymiernych korzyści, a Podstawowa Ziemia pustoszeje...
Czy mamy prawo do gospodarki rabunkowej nowych ziem? No w końcu mamy czynić sobie "ziemię poddaną". A kto by tam zauważył humanoidalne istoty o nieco odmiennym systemie komunikacji? Niewolnictwo dobra rzecz... w niedługim czasie najbliżej położone ziemie stają się wyeksploatowane. Ludzka ekspansja sięga dalej i dalej. Czy kiedyś się to skończy? Czy natura zrobi porządek? A może fakt, że na żadnej z wykrocznych planet nie było ludzi powinien nam dać coś do myślenia? 

Czytam końcówkę drugiego tomu i niecierpliwie wypatruję trzeciego. Serdecznie polecam!

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Takeshi Cień Śmierci

Nowa książka Maii Lidii Kossakowskiej zapowiadana była od dawna, poprzedzana zdjęciami autorki w stroju adekwatnym do treści. Czekałam, czekałam i nie rozczarowałam się... uwielbiam jej prozę (no może oprócz "Grillbar Galaktyki", do której muszę kiedyś zrobić podejście numer dwa).

Chociaż Japonia leżała w kręgu moich zainteresowań, jeśli chodzi o mitologię, jestem totalnym laikiem. Z Takeshim odbywa się kurs przyspieszony. No cóż... taka karma. Chociaż początkowo ma się wrażenie, że chodzi o Japonię... biostwory i bolidy szybko wyprowadzają czytelnika z błędu. Akcja dzieje się na idyllicznej niemal (nie licząc gangstera terroryzującego całą okolicę, jego szalonej siostry, kilku zakonów, w tym cechującego się ogromnym okrucieństwem Zakonu Rozerwanego Kręgu i tajemniczych bóstw) wyspie Wakuni. Magia działa... działają wyryte na skórze znaki... modlitwy do bóstw zostają często wysłuchane. Lecz kim jest bogini Prezes i bóg Pierwszy Udziałowiec? W jaki sposób przenieśli ludność i zasiedlili wyspę? A dlaczego sąsiednia wyspa dotknięta jest wszelkimi możliwymi klęskami? I jak przywrócić równowagę? Na te pytania nie otrzymujemy odpowiedzi. Może dlatego, że jest to dopiero tom I?

Nic nie jest takim jakim się wydaje. Wędrowny holopacykarz to niezrównany szermierz, pobożny mnich wcale nie jest taki pobożny, ba, nie wiadomo nawet czy jest człowiekiem. Córka wójta Zimnej Wody, słodka, głupia panienka, po uszy zakochana w głównym bohaterze, jest wnikliwą obserwatorką i nie traci zimnej krwi. Gdyby jeszcze trzymała język za zębami, a nie wychwalała wszystkich umiejętności ukochanego, byłoby lepiej. Okazuje się też, że po 7 latach można zmartwychwstać, a przynajmniej objawić się co po niektórym. 

Na początku można by sądzić, że będzie to taka sobie prosta powiastka i najgorszym problemem jest niezrównoważona Mariko - czarna gejsza, przybrana siostra pana Ashihei - artysty i gangstera. Pojedynek przy kapliczce Wodnych Węży to jednak pikuś... chociaż uruchamia całą serię niefortunnych wydarzeń. Im dalej w las... tzn. w książkę, tym bardziej wciąga. Zakończenie wydawać by się mogło zamknięte, ale napis: KONIEC TOMU PIERWSZEGO sugeruje, że autorka ma jeszcze niejedno do powiedzenia. Także z niecierpliwością oczekiwać będę dalszych przygód adeptki Zakonu Uśpionej Wierzby, Kota o Rozdwojonym Ogonie oraz mnicha o tęczowych oczach, który nie do końca jest chyba człowiekiem... Nie obraziłabym się też na grę planszową... Potencjał na pewno jest!


Nie ma ucieczki przed przeznaczeniem. Mroczny cień śmierci wyłania się z każdą chwilą, niespodziewanie. Samotna wędrówka gościńcem i krótki wypad do karczmy w sekundę może odwrócić porządek świata. I tylko jeden człowiek potrafi zachować spokój. Nawet w trakcie ostatecznej próby. Walki o życie ze wściekłą jak wulkan psychopatyczną Mariko. Porywające, pełne intryg starcie klanów podkreślone szkarłatnym cięciem katany. Kadr wycięty z Kill Bill’a.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Silentium Universi

Nad lekturą jednej z nowszych powieści Dariusza Domagalskiego zastanawiałam się od pewnego czasu, jednak cieszę się, że sięgnęłam do niej dopiero po obejrzeniu Battlestar Galactici. A może to niedobrze? Bo teraz wszystko będę postrzegała przez pryzmat cyloński. Niemniej jednak wiem, że autor również jest zafascynowany serialem i można to łatwo dostrzec w przesłaniu książki. Smaczków battlestarowych również nie brakuje.

To, co było nieco uciążliwe podczas lektury to "technobabble", coś, czego uniknięto w Battlestar Galactice. Owszem, jestem laikiem, wiem co nieco o budowie wszechświata, gwiazdach, planetach i innych ciałach niebieskich, ale niektóre rozmowy pomiędzy członkami załogi marka Aureliusza przypominają wykłady akedemickie. Pan profesor mówi, a studenci winni słuchać. Można było dodać gwiazdkę i mały słowniczek na końcu książki, tak jak w przypadku tetralogii krzyżackiej.

Z pewnością widać tu echa Battlestar Galactici, Solaris (filmu, książki nie czytałam) i Horyzontu Zdarzeń (filmu, horroru-sf, którego drugi raz chyba bym nie obejrzała), czy nawet Katedry Bagińskiego, trochę filozofii, dużo wiedzy na temat układu słonecznego, kilka wykładów z fizyki kwantowej. Wszystko to wrzucone do jednego kociołka, doprawione historią o konieczności exodusu ludzkości. Co z tego wyszło? Gulasz o dość ciekawym smaku...

Jest II połowa XXI wieku. Na początku dowiadujemy się, że gwiazdolot o wdzięcznym imieniu Marek Aureliusz odbędzie lot międzyukładowy do Alfa Centauri. Ośmioosobowa załoga na pokładzie niezwykłego statku kosmicznego stanowi ucieleśnienie nadziei, pragnień, ambicji i wielu innych uczuć, które charakteryzują ludzkość. Ich zadaniem jest zbadanie warunków do życia na jednej z planet - Ziemia jest przeludniona, zapasy naturalne się kurczą, niedługo trzeba będzie opuścić kolebkę ludzkości. Uciec, tylko dokąd? 

W wyniku działań dwóch ścierających się frakcji religijnych na pokładzie znajdują się ich przedstawiciele: jeden agent czynny, drugi uśpiony (tak, tak, od razu pomyślałam o Cylonach) - ich zadaniem jest jak najbezpieczniejsze dotarcie do celu podróży, agent przeciwnej opcji ma za zadanie zniszczyć zarówno pojazd kosmiczny jak i załogę (ahh, ci kamikadze...). Pozostała piątka jest nieświadoma owej walki, przynajmniej na razie. Moje podejrzenia okazały się słuszne zaledwie w 1 przypadku na 3. 

Cóż więc nas czeka? Powołanie się na starożytne święte zwoje... sabotaż... wybuch i zniszczenie poszycia statku (spokojnie, w tym stanie da się dalej lecieć), tajemnicze "wypadki" (w końcu Cyloni działają), odkrycie nowego raju... tylko czy rajem się okaże? 

Komandor Hubert Zettenberg, dowódca statku, kreowany był chyba na Williama Adamę, pewne podobieństwa są bardzo widoczne, jednak niemożliwe jest ich dokładne przyrównanie. Czym jest czteroczłonowy, ośmioosobowy Marek Aureliusz wobec Battlestar Galactici? Problemy i dylematy, z jakimi oboje się borykają są podobne, łączy ich też podobna przeszłość. A zakończenie? Zakończenie Silentium Universi wbija w fotel... jest zupełnie inne niż w BSG, chociaż... a nie, nic już nie powiem. :)


A jak nas zachęca do lektury Empik?

Czy zdarza wam się zadzierać głowę i spoglądać na nocne niebo? Podziwiać konstelacje układające się w najróżniejsze wzory? Zachwycać się bladym blaskiem gwiazd, ich majestatycznym pięknem, szeptać nazwy, typy widmowe, odległości od Układy Słonecznego? Zastanawialiście się kiedyś jak tam musi być? W pobliżu kwazarów, cefeid, białych karłów, czerwonych olbrzymów, niebieskich nadolbrzymów i gwiazd takich jak nasza – ciągu głównego.

Na hipotetycznych planetach krążących wokół najróżniejszych słońc, w centrum innych galaktyk, na samych krańcach poznanego Wszechświata. Wówczas nasuwają się pytania. Kto to wszystko ułożył w tak doskonałej harmonii? Czy jesteśmy w kosmosie sami? Czy życie jest wyjątkiem? A jeśli nie, to czemu wszechświat milczy?

SILENTIUM UNIVERSI to powieść zrodzona z pasji do astronomii, nauki, kosmosu i odwiecznych tajemnic wszechświata. Wychowany na dziełach Artura C. Clarka, Isaaca Asimova, Stanisława Lema, inspirowany literaturą fantastyczną z lat ’60 i ’70 zawsze pragnąłem napisać klasyczną powieść hard s.f. w tematyce podróży kosmicznych. Powstała zatem książka o sięganiu gwiazd, o potędze ludzkiego umysłu, o zagrożeniach czyhających na naszą rasę i nadziei, której upatrujemy wysoko ponad naszymi głowami. Historia pierwszego załogowego lotu do najbliższego układu gwiezdnego jest również przyczynkiem do zadania pytania o istotę Wszechświata, tożsamość Boga oraz o kondycję moralną ludzkości.

Czy gwiazdy są naprawdę niedosiężne? Czy jesteśmy gotowi na to co nas czeka w kosmosie? Jakie jest przeznaczenie naszego gatunku? Na te pytania próbuję odpowiedzieć w SILENTIUM UNIVERSI.


sobota, 5 kwietnia 2014

Battlestar Galactica czy Stargate?

Battlestar Galactica czy Stargate? Oto jest pytanie. Jeszcze kilka lat temu odpowiedziałabym: ależ oczywiście, że Gwiezdne Wrota, bez dwóch zdań! W trakcie, a już tym bardziej po obejrzeniu całego serialu (szczerze mówiąc miałabym go ochotę obejrzeć jeszcze raz, od początku) odczuwam coś więcej niż wahanie. 

Ba, mogę z całą pewnością stwierdzić: Stargate i Stargate Atlantis na zawsze pozostanie w moim sercu, ale wolę Battlestar Galacticę! Mój niedosyt serialu osładza mi RPG i planszówka, ale zapewne i tak w wakacje zrobię sobie powtórkę.


Ale do rzeczy... dlaczego Battlestar Galactica? Stargate i Stargate Atlantis urzeka całą mnogością wrogów, jak nie urok to sraczka, jak nie Goa'uldowie, to Orai, jak nie Orai to Replikatory... a na koniec, na deser Wraith. Owszem, nigdy nie można się nudzić i walczyć trzeba po kolei i metodycznie, szukając gdzie się da sojuszników. 


Przy okazji na wszystkich planetach, na których można było aktywować Gwiezdne Wrota mówiono po angielsku! Na planecie Goa'uldów też się w krótkim czasie rozprzestrzenił. Uczcie się dzieci, bo nie znacie dnia ani godziny kiedy wam się przyda angielski we wszechświecie!


Stargate Atlantis przyniosło powiew świeżości... serial był kręcony w miarę współcześnie, w XXI w. (co widać między innymi po rozwiązaniach technologicznych, efektach specjalnych i gadżetach). O ile w SG królował niepodzielnie Richard Dean Anderson jako Jonathan „Jack” O'Neill (no kto nie kochałby McGyvera, a w dodatku w wojskowych ciuchach? A wiadomo, że za mundurem panny... itd.), tak w Atlantisie można już było wybierać na kim oko zawiesić.


Joe Flanigan jako John Sheppard - major sił powietrznych, sympatyczne ciacho, a walczy, że hej... David Hewlett jako dr Rodney McKay - genialny naukowiec, niemiłosiernie wkurzający, przez 9/10 czasu miałoby się go ochotę walnąć patelnią za to: ja, ja, ja, mnie, mnie, mnie, mi, mi, mi, ale fakt, czasami się przydaje... zwłaszcza w sytuacjach krytycznych, Jason Momoa jako Ronon Dex - specjalista od broni z planety Sateda w Galaktyce Pegaza (później święcił tryumfy w serialu  "Gra o Tron"), egzotyczny przystojniak i świetny żołnierz, Paul McGillion jako dr Carson Beckett  - Szkot, główny lekarz w Atlantydzie - mój osobisty faworyt i ulubieniec. Owszem, są fajni, słodcy o przewidywalni jak cholera... tak jakby każdy wylosował charakter: praworządny dobry, mogą mieć chwile słabości, zawahania nastrojów, ale zawsze wiemy czego się po nich będziemy spodziewać i że nigdy nas nie zawiodą...


Cóż nas czeka na pokładzie Battlestar Galactici? Już w pierwszym odcinku ginie 20 miliardów ludzi, a potem napięcie tylko wzrasta... Nie ma idealnej selekcji bohaterów uczestniczących w queście na obrzeżach universum, grupa jest przypadkowa, ot, udało im się znaleźć w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie... i przeżyć. 

Wrogowie są jedni: Cyloni. Kiedyś się zbuntowali, potem wyewoluowali i mają plan... kiedyś byli tylko blaszakami, teraz wyglądają jak ludzie i nigdy nie wiesz czy twój sąsiad, drugi pilot czy facet myjący zęby koło ciebie we wspólnej łazience nie jest Cylonem. 


Zachowują się jak Replikanci, statki budują tak jak Wraith, ich religia obecna jest w całym universum jak przesłanie Orai, a upierdliwi jak Goa'uldowie. Lepszy jeden wróg wyspecjalizowany czy dziesiątki pomniejszych, z którymi na dobrą sprawę nie wiadomo co się później dzieje...?



Bohaterowie niczym greccy bogowie... do których w filmie zresztą często się nawiązuje. Nie będę dublować  opisu Morgiany -  TU można się z nim zapoznać. Można poszukać swoich ulubieńców, moim jest wypadkowa Williama Adamy, Galena Tyrola i Samuela Andersa. 

Nie ma tu bohaterów idealnych, nie ma wyłącznie praworządnych dobrych i chaotycznych złych. Są dobrzy Cyloni i źli ludzie, są źli Cyloni a ludzie jeszcze gorszy. Współpracują bo kochają Cylonów, uważają, że przymierze może istnieć, nie są świadomi zagrożenia, są bezmyślni, pragną ugrać coś dla siebie... powodów jest co najmniej 20 miliardów. Postaci są bardzo dobrze przedstawione, psychologicznie wiarygodne. Możemy podążać za ich rozwojem duchowym (bądź degradacją), doznawać wraz z nimi oświecenia bądź zatracać się w beznadziei i depresji. 


Nie ma łatwo, cudów nie będzie... raczej... :) Trzeba przeżyć, znaleźć bezpieczną przystań w kosmosie, z dala od Cylonów i próbować ułożyć sobie życie z tego co zostało na zgliszczach cywilizacji. Nie jest łatwo kiedy liczba ocalałych to jedynie 50 tysięcy i każdego dnia zmniejsza się zamiast rosnąć. Wezwanie w stylu: bądźcie płodni i rozmnażajcie się jakoś nie spotkało się z radosnym odzewem. Wręcz przeciwnie, konieczne stało się wprowadzenie zakazu aborcji.


Moją absolutną ulubienicą jest Kara „Starbuck” Thrace (Katee Sackhoff), wybitny pilot, szkoląca nowych rekrutów, kobieta mająca popaprane stosunki rodzinne i damsko-męskie. Jej przeszłość nie jest jasno określenia, poznajemy trochę strzępków w różnych odcinkach, niejako przez przypadek. Kim lub czym jest Kara? Aniołem, Zwiastunem Zagłady? Jeźdźcem Apokalipsy? Czy... no właśnie czy w ogóle się dowiemy?


To, co cenię w Battlestar Galactice to nieprzewidywalność. Człowiek zmienny jest (jedynie przysłowiowa krowa nie zmienia poglądów), czasami ktoś lub coś sprawi, że rzuca na szalę wszystko i zmienia się o 180 stopni. Przykre, jeśli bohater został zwiedziony na manowce (i żeby nie było, niekoniecznie przez Cylonów). Bycie idealistą i dążenie ku idealnej harmonii i odwiecznemu porządkowi czasami przynosi opłakane skutki. Poza tym demokracja to zło... wiedzieli o tym już starożytni. :)


Dlatego tak cenię komandora, (a później admirała) Williama Adamę. Konkretny facet, nie będzie się rozdrabniał, pomijam już, że wojskowy (ahh ten mundur!). Dla mnie ma idealne proporcje jeśli chodzi o rządy militarne... 



Admirał Caine była za ostra i zbyt bezwzględna, chociaż jak wyszło szydło z worka podczas battlestarowego RPGu jako skromny pilot  raptora (oraz podczas sesji planszówkowej Vipera) okazałam się nie lepsza od niej i szybko oceniałam "straty dopuszczalne". Łatwiej poświęcić kilka jednostek ludzkich niż rzadkiego paliwa... 



William Adama i prezydent Roslin to jing i jang - razem są idealnym dopełnieniem i stanowią pełnię. Ich romans - przedstawiony bardzo subtelnie, a niekiedy nawet wzruszająco - przewija się przez cały serial.


Przeciwieństwem tego jest związek Ellen i Saula Tigh - niszczący, pochłaniający, zatracający - ona zrobi wszystko dla niego, bez względu na koszta i środki, on kocha ją i cierpi widząc jej zachowanie i nie przyjmując do siebie prawdy (tajemnicą Poliszynela były bliskie związki pani Tigh z połową floty).


Dr Gaius Baltar, wice prezydent, a później prezydent Baltar, a w końcu guru religii hmmm ciężko powiedzieć czy cylońskiej czy raczej baltariańskiej, to całkiem osobna historia. Umiał spadać jak kot na cztery łapy i zdecydowanie miał więcej szczęścia niż rozumu, chociaż był prawdziwym geniuszem. Komu innemu udałoby się uchylić od odpowiedzialności za (pośrednie) zabicie prawie całej ludzkości? Przecież udostępniając swojej kochance bezpośrednie wejście i nadzór nad systemami obrony, musiał domyślać się, że coś jest nie halo... no cóż... Baltar myślał, ale może niekoniecznie tą częścią ciała, którą trzeba. :) 


Kobiety do niego lgnęły, swój urok roztaczał zarówno wobec mieszkanek Kolonii jak i Cylonek, aczkolwiek trafiła kosa na kamień. Ta, która go pociągała (chociaż nikomu by się do tego nie przyznał) była poza jego zasięgiem, druga... no cóż... który mężczyzna zniesie, by w bardzo namiętnej chwili kochanka wykrzykiwała imię innego? Był foch... i to duży. :)


Na początku Gaius Baltar bardzo mnie denerwował, może głównie dlatego, że miał swojego sobowtóra mentalnego wśród realnych osób, które znam. Jednak z czasem kiedy jego postać ewoluowała i przechodziła tak skomplikowane sinusoidy, przy których tor kolejki górskiej w wesołym miasteczku to pikuś, musiałam docenić jego "kunszt".


Zatoczył pełen krąg, od mało znanego syna farmera z jednej z pomniejszych planet Kolonii, przez szanowanego naukowca, polityka, lidera religijnego po... odejście w zapomnienie. Jednocześnie jest to bardzo przedsiębiorcza postać. Któż inny, będąc osadzonym w więzieniu i mając w perspektywie zasądzony wyrok śmierci wydaje undergroundową książkę "Moje tryumfy, moje błędy", która staje się mega hitem podziemnej prasy i natchnieniem dla wielu? Nie mówiąc już o przemyśleniach religijnych i naukach głoszonych drogą radiową. Ojciec Dyrektor mógłby się przy Gaiusie Baltarze zaprawdę wiele jeszcze nauczyć.


Osobną kwestię stanowią "wewnętrzne objawienia". Caprica, która ukazuje się Baltarowi... i o dziwo... Baltar ukazujący się Caprice.


Ciężko do końca stwierdzić, czy są manifestacją wyrzutów sumienia, podświadomości, hologramową wersją pamięci postaci, ot takim zewnętrznym twardym dyskiem, który czasami potrafi przybrać całkiem realne kształty i narobić niezłego bigosu. 




Rozmowy Baltara odbywające się niejako w baltarowej rzeczywistości równoległej (dla pozostałych mieszkańców Battlestar Galactici zachowywał się on w danym momencie co najmniej dziwnie, jeśli nie dziwacznie) stanowią przecudowne momenty, niekiedy komiczne, niekiedy tragiczne, niemniej warto je zobaczyć. :)



Gdyby nie  tych kilka(naście... / dziesiąt / set) statków kosmicznych (viperów, raptorów, raiderów, basestarów i innych), serial można by niemal uznać za nie-science fiction. 




Dotychczas byliśmy przyzwyczajeni do: mieczy laserowych, beam technology oraz setki innych gadżetów, widocznych w innych filmach i serialach s-fi, a tu... owszem, korzysta się z przeskoków nadświetlnych (przy okazji pięknie ukazane są sceny samego przeskoku widziane z wnętrza statku), ale poza tym... 



walka odbywa się siłami konwencjonalnymi, za pomocą uzbrojonych myśliwców, od czasu do czasu można potraktować wroga głowicą atomową... ale poza tym szału nie ma.



Twórcy przyłożyli dużą wagę do realizmu w serialu, jeśli o realizmie w serialu s-fi może być mowa. :) Na początku (chociaż nieco wysłużona Galactica, ale jeszcze stosunkowo nowa) statek robi ogromne wrażenie na widzu. Nie sposób zliczyć wszystkich zakamarków, hangarów, kwater oficerskich i prywatnych (przy okazji kwatera komandora jest bardzo stylowa). 




Myśliwce są funkiel nówki... z czasem jednak, w miarę kolejnych walk i przemierzonej przestrzeni kosmicznej doskonale zdajemy sobie sprawę, że sprzęty się starzeją, są naprawiane, łatane, wyklepywane... a mechanicy muszą uwijać się jak w ukropie, wciąż mając pełne ręce roboty.



Stworzenie nowego typu myśliwca, chociaż zakończone sukcesem nie cieszy tak jak by mogło. Po prostu nie ma możliwości materiałowych na zbudowanie kolejnych maszyn. Surowce są ograniczone, bohaterowie wciąż poszukują wody i żywności, paliwa (nie wspominając już o bezpiecznym miejscu, w którym mogliby spokojnie żyć).


Rozpisywać się o Battlestar Galactice mogłabym w nieskończoność... tak to już jest, że jak człowiek raz wsiąknie to staje się najlepszym akwizytorem, ale produkt broni się sam. Nie jest to tylko serial o pogrążaniu się w rozpaczy i depresji... aczkolwiek i takie momenty stają się udziałem bohaterów.


Praktycznie od samego początku, kiedy pani prezydent i pan admirał rozstrzygnęli kwestię czy zostać na obszarze Kolonii i bohatersko umrzeć, walcząc z Cylonami czy opuścić to miejsce i poszukać własnego (nowego) miejsca we wszechświecie priorytetem było poszukiwanie mitycznej Ziemi, planety, o której wiadomo było, że zasiedliło ją trzynaste plemię Kobolu. Jak to czasami bywa, nasze oczekiwania są o wiele większe niż zastana rzeczywistość. Ciutkę spoileruję, ale niedużo, odnalezienie Ziemi nie stanowi zakończenia, oj, nasi bohaterowie będą musieli się później jeszcze trochę namęczyć. Czy dobrze na tym wyjdą? Niech każdy sam oceni. Nie mogę zdradzać zakończenia, niemniej mogę przywołać słowa Morgiany: "wbija w fotel". Fakt, takiego zakończenia się nie spodziewałam. :)


Słów kilka jeszcze o serialowych smaczkach. Odcinki nie są równe, nie jest to klasyczne wypracowanie: wstęp, rozwinięcie, zakończenie. Czasami kończą się okrutnymi cliffhangerami, po którym człowiek od razu sięga po następny odcinek, chociaż jest 3:00 w nocy, bo przecież dowiedzenie się co stało się z bohaterami jest oczywistą oczywistością i bez tego na pewno się nie zaśnie.


Są odcinki poświęcone pewnym tematom, jak np. walki na ringu (członek załogi, niezależnie od rangi może wyzwać inną osobę na "pojedynek", wystarczy wrzucić do pudełka nieśmiertelniki - z pewnością oczyszcza to atmosferę pomiędzy przeciwnikami jak i obniża poziom testosteronu i innych hormonów)....



proces sądowy (proces Gaiusa Baltara, z obrońcą Romo Lampkinem, jest po prostu prima sort - ogląda się z prawdziwą przyjemnością, aczkolwiek tych, którzy uśmiercili jedynego kota w kosmosie, należącego do w/w prawnika, wyprawiłabym bez najmniejszych skrupułów przez śluzę, po bliskim spotkaniu z plutonem egzekucyjnym, of course).


Są też odcinki "eksploracyjne" - w końcu co jakiś czas trzeba uzupełniać zapasy wody (zwłaszcza po cylońskim sabotażu), jedzenia (choćby to miały być algi) i paliwa (niech żyje planetoida bogata w tylium!). Jak można przypuszczać, z pozoru łatwa akcja zawsze może się zagmatwać, a to ktoś przestawi współrzędne skoku nadświetlnego, a to Cyloni pojawią się i wyskoczą jak Filip z konopii lub supernova nagle postanowi wybuchnąć.




Osobną grupę stanowiły odcinki okupacyjno-partyzanckie. Walki partyzanckie na terenach nieopodal zniszczonej i skażonej Caprici, a także okupacja cylońska Nowej Caprici (włącznie z późniejszymi procesami zdrajców i kolaborantów) przypominały klasyczne wojenne filmy (z drobną poprawką na s-f).


Podczas oglądania serialu na usta ciśnie się wiele pytań, na niektóre otrzymujemy odpowiedź, rozwiązanie innych pozostawione jest wyobraźni widza. I tak jest chyba lepiej, niż wyłożenie wszystkiego kawa na ławę. Ciekawą kwestią jest zagadnienie "the Final Five", Ostatecznej Piątki, ukrytych Cylonów, poszukiwanych zarówno przez ich pobratymców jak i ludzi; widzianych w sennych wizjach Sharon, prezydent Roslin i Caprici, chociaż kto inny stanął przed nimi twarzą w twarz... i bardzo się zdziwił. No cóż... chociaż sama typowałam różne osoby, też się byłam nieco zaskoczona.  


Sami Cyloni mieli po rozpoznaniu się problem kogo właściwie mają traktować jako "swoich" a kogo jako "wrogów". Cały proces ujawnienia się, a raczej rozpoznania się Ostatecznej Piątki jest niezwykły i do tego muzyka... cudowna, uzależniająca... wpadająca w ucho i pozostająca na bardzo, bardzo długo... warto zapamiętać tę kompozycję, bo będzie się jeszcze wielokrotnie przewijać, szczególnie w finałowym odcinku. :)


Film  nie jest pozbawiony symboli i proroczych snów. Często przewija się motyw "powracającej fali". Coś się już wydarzyło i historia się powtórzy. Trzynaste plemię wyruszyło w poszukiwaniu swojego miejsca, opuszczając Kobol... ludzkość, po holokauście cylońskim, podąża ich śladami, niejako potwierdzając toczka w toczką zapisy świętych zwojów.  Cały pikuś polega na tym, żeby przerwać ów zaklęty krąg. Czy im się uda? Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka prosta... biorąc pod uwagę zakończenie.


Do tego sny o operze. Gmach opery, w obecnym stanie w ruinie, w wizjach kilku osób ukazany w swojej świetności jest ciekawym motywem, przewijającym się przez wiele odcinków - przełożenie onirycznego motywu na teraźniejszość jest bardzo przewrotne, ale też świetnie przedstawione. Podobnie z Ostateczną Piątką - oniryczna wizja zakapturzonych postaci stojących na balkonie opery a rzeczywisty motyw pięknie się nakładają.



Serial jest też opowieścią o poszukiwaniu... nie tylko swojego miejsca, ale też i swojego "ja". Ostateczna Piątka Cylonów poszukuje swojej tożsamości. Czy nadal mają się uważać za ludzi, czy za Cylonów? Jak mają postępować w konflikcie, po której stronie się opowiedzieć? Cyloni zbuntowani również nie wiedzą gdzie mają przynależeć, do swoich nie da się wrócić, czy między ludźmi się odnajdą? Kim jest pierwsze, ludzko-cylońskie dziecko, nazywane zarówno Nadzieją Ludzkości jak i Nadzieją Cylonów i jaki los je czeka?



Czasami bohaterowie robią rzeczy niewytłumaczalne, zarówno dla nich samych jak i widza... no bo jakim cudem Kara Thrace mogła przewidzieć bliskie spotkanie z Supernovą dobrych kilka lat wcześniej, zanim nastąpiła II wojna cylońska? Czemu jej ojciec nauczył ją piosenki, która stanowiła czynnik uaktywniający Ostatecznej Piątki (a przy okazji przydała się w kilku innych sytuacjach)? Jakim cudem można przeżyć własną śmierć, potwierdzoną naocznie przez innych? Skąd przychodzą "posłańcy"? Czy są tylko wytworem wyobraźni czy może (magicznymi) istotami, a nawet aniołami mającymi skierować bohaterów na właściwe tory postępowania? Czy wszystkim rządzi ślepy traf, bogowie Kobolu czy jedyny bóg, w którego wierzą Cyloni i Gaius Baltar (przy okazji scena, w której stara się podnieść poziom świadomości religijnej centurionów wymiata)? Pytań jest wiele, w miarę oglądania mnożą się... na niektóre z nich otrzymujemy odpowiedzi, inne musimy rozwiązać sami, lub pozostawić otwarte, wedle uznania.



Więcej namawiać nikogo nie zdołam, zresztą nie w tym rzecz, mogłam i chciałam przedstawić tylko mój punkt widzenia, dlaczego dałam się "zarazić" cylonizmem... serial jest wyjątkowy, wielowątkowy, wielopłaszczyznowy, wciągający. Każdy, kto podejmie wyzwanie, niech weźmie do ręki szklaneczkę ambrozji i zasiądzie przed ekranem, by zapoznać się z postaciami, które czasem potrafią wkurzyć, zdenerwować, zachwycić i poruszyć i są bardzo realne. Lot będzie długi, ale warto! So say we all!