sobota, 26 lipca 2014

Igielnik

Chociaż na Grunwaldzie, na kramie, miałam wystawione moje "tradycyjne" poduszniki, dostałam też zamówienie na igielniczek w wersji podróżnej. Takiż też wykonałam, zgodnie z życzeniem zamawiającego, w wersji zielonej (kanwa lniana, nić bawełniana, sznureczki uplecione na lucecie). Szpilki ładnie się wbijają i nie będą gubić, źle chyba nie wygląda? :)

Teraz może skończę swój własny igielnik, bo wyhaftowany już dawno, ale grzecznie czekał na zszycie do tej pory.


środa, 23 lipca 2014

Kiciunia

Przez trzy dni byłam  szczęśliwą posiadaczką Kiciuni o imieniu Malwinka, pięknej i uroczej jak Leśne Licho, całej białej, z czarnymi i beżowymi łatkami, mieszczącej się na jednej dłoni.

Niestety, Leon bardzo źle zniósł integrację z maleństwem, przerażając je i zaganiając w kozi róg kiedy tylko się dało - raz musiałam Kici szukać przez kwadrans - ona się nic nie odzywała, a on nie dał po sobie poznać gdzie ją zagonił. Biedna schowała się za koszykiem na małej półce w kuchni. Leon zachowywał się jak rasowy rekin ludojad i chyba pierwszy raz w życiu tyle się nagadał - warczeniu, miauczeniu (!) i szczerzeniu kłów nie było końca. 

Pod wieczór drugiego dnia obraził się całkiem, przestał jeść i załatwiać się, spędzał cały czas na balkonie upchnięty w kąt, ale jak tylko zobaczył, albo wyczuł Kicię wyskakiwał z zębiskami jak orka w basenie... Nie mogłam jej narażać na niebezpieczeństwo.... i niestety musiałam oddać ją tam, skąd wzięłam, do zaprzyjaźnionego gospodarstwa. 

Została ze swoją mamą i dwójką rodzeństwa i mam nadzieję, że będzie się dobrze miała, łowiąc prawdziwe myszki zamiast mojej sztuczno-futerkowej, za którą szalała przez weekend. A mi zostanie tylko kilka zdjęć przeuroczego malucha... :(


czwartek, 17 lipca 2014

Papirus

Chwalę się, chwalę.... W końcu moje marzenie się spełniło, dzięki mamie Dominiki mam w końcu swojego papirusa! Odkąd moją plantację dziesięć lat temu zjadł Rogaty Demon nigdzie nie mogłam dostać szczepek papirusa. Dopiero niedawno, tuż przed wyjazdem na Cedynię zobaczyłam prawdziwego, ponad dwumetrowego olbrzyma... dzięki uprzejmości dominikowej mamy dostałam trzy szczepki i voila! Przyjęły się i zaczynają  ładnie rozrastać. Na szczęście Leon ma generalnie wbite na rośliny i nie interesują go do tej pory żadne, papirus również, więc ma pełne szanse wzrostu. :)


wtorek, 15 lipca 2014

Straceńcy

Mariusz Wollny to niestety (bądź stety) nie Andrzej Pilipiuk i nie można oczekiwać kolejnej książki co 3 - 4 miesiące. Jednak jak napisze kolejną, czyta się ją od deski do deski i do białego rana. Nowy tom, przedstawiający perypetie rodu Turopońskich, czyli Kacpra "Ryxa" juniora przedstawia czas dymitriad - dni "wielkiej" chwały kiedy Polacy rządzili w Moskwie i mieliśmy swoją carycę Marynę, ale też wyjątkowo nieludzki czas, wielkich bitew, wielkiego głodu i nieludzkich odruchów (zjedzenie szczura wydaje się pikusiem, jak głód przyciśnie zjadło się i współtowarzysza). Wszystko oddane niezwykle plastycznie i wyraziście, z dbałością o szczegóły historyczne (pomijając niektóre postaci fikcyjne). 

Los bywa okrutny i przewrotny a historia lubi się powtarzać, również historia rodzinna. Tak jak Kacper Ryx senior namęczył się okrutnie zanim zdobył rękę wybranki swojego serca, tak i jego syn nie miał lekko. Najpierw jednak musiał uświadomić sobie kogo kocha i dlaczego... co kilka lat mu zajęło, kiedy osiągnął swoje wielkie szczęście, wówczas wszystko stracił... jego los przypomina nieco dzieje imć Skrzetuskiego i Heleny Kurcewiczówny, ale mimo całego szacunku dla pana Sienkiewicza, wybieram Kacpra Ryxa. I czekam niecierpliwie na kolejny tom, bo wredny autor zostawił czytelnika w takim momencie, że normalnie tylko ubić.... trzeci tom być musi... mam tylko nadzieję, że wszyscy główni bohaterowie przeżyją.... i w końcu uda im się spotkać, a groźba Prochora Białoskórskiego to czcza gadanina...


Kacper Turopoński wymyka się śmierci w kanałach pod moskiewskim zamkiem dzięki wrodzonemu sprytowi i... znajomości rozwiązań holenderskich budowniczych. Wkrótce potem syn słynnego inwestygatora staje się naocznym świadkiem drugiego „powrotu” cara Dymitra. Ale polityczne zmiany nie wywierają na niego takiego wpływu jak poznanie prawdziwej twarzy carycy Maryny, w której był zakochany.
Niebawem Turopoński odkrywa coś więcej – prawdziwe pragnienia swego serca. A gdy traci to, czego najbardziej pragnie, walczy bez strachu u boku lisowczyków. Czy już zawsze będzie jednym ze straceńców?

poniedziałek, 14 lipca 2014

Projekt Pomidor III

Projekt Pomidor wszedł w kolejną fazę i to podczas mojej nieobecności. Moja mama dbała o jego nawadnianie podczas moich grunwaldzkich wojaży i z wdzięczności ruszył z kopyta... na razie naliczyłam około 30 małych pomidorków, ale wciąż wyciąga się w górę, kwitnie i zawiązują się nowe kulki. Na razie jeszcze zielone i małe... ale będę cierpliwa...


poniedziałek, 7 lipca 2014

Księga smoków polskich

Tak długo oczekiwany - trzeci tom serii - w końcu w moich rękach! I muszę przyznać, że chyba najlepszy i najciekawszy z dotychczas wydanych, pomijając już moje zainteresowanie tematem. Ilustracje, jak zwykle, przeurocze, treść: podana w formie legend i opisów w ładnym ujęciu graficznym, nic tylko czytać do poduszki. Poniżej przytoczę empikową recenzję, w pełni opisującą temat. A czy Ty masz już swoją księgę Smoków polskich?



Księga smoków polskich to literacki i historyczno-etnograficzny opis 25 legendarnych bestii – smoków, wielkich węży i podobnych im stworów. Autor, historyk i etnolog, kreśli ich wizerunki, dokonując skrupulatnej charakterystyki potworów, przytaczając opracowane na nowo swoim piórem legendy i podania, sięgając co źródeł postaci i wątków, a nawet opisując miejsca związane z potworami. Dzięki temu Księga smoków polskich łączy na swoich kartach elementy popularnonaukowe i stricte literackie, będąc jednocześnie przemyślanym kompendium wiedzy o wyobrażeniach naszych przodków i ich kulturowych źródłach oraz zajmującym czytadłem, wypełnionym opowieściami o krwiożerczych bestiach, zatrwożonych krainach, wyczekujących ratunku księżniczkach, dzielnych rycerzach i sprytnych rzemieślnikach. Całości dopełniają pełne baśniowej atmosfery ilustracje cenionego duetu rysowników Pawła Zycha i Witolda Vargasa.

Każdy rozdział składa się z krótkiego opisu bestii, jej genezy i miejsca w tradycji kulturowej – literaturze i folklorze oraz innych uwag o charakterze historycznym, etnograficznym i filologicznym. Następnie autor wciela się w postać gawędziarza i zajmująco opowiada związaną ze smokiem legendę lub legendy, aby na końcu – przyjmując z kolei rolę krajoznawcy – zajrzeć do kryjówki potwora i wspomnieć o miejscach szczególnie z nim związanych. Warto zwrócić uwagę, że na kartach Księgi smoków polskich ziemie polskie potraktowano niezwykle szeroko: obok krakowskiego Smoka Wawelskiego i warszawskiego Bazyliszka, obok opowieści z Pomorza i Wielkopolski, Karpat i Podkarpacia, odnajdziemy wizerunki gadzich stworów wywodzące się zarówno z niemieckiej tradycji Ziem Odzyskanych – Wrocławia, Sudetów czy Pojezierza Iławskiego – jak i kultury Kresów Wschodnich, gdzie na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej łączyły się w jedno podania o rodowodzie polskim, litewskim i ruskim.

wtorek, 1 lipca 2014

Cedynia

Cedynia - moje drugie marzenia po Grunwaldzie... :) z Grunwaldem po czterech latach "po właściwej stronie płotu" już się trochę oswoiłam, ale wyjazd na inscenizację bitwy pomiędzy Czciborem a margrabią Hodonem był naprawdę "wow", tym bardziej, że znów można było jeszcze bardziej cofnąć się w czasie... aż do X wieku, powtórnie w strojach połowieckich. 
Dzięki wspaniałej ekipie, a szczególnie Dominice, która zechciała mnie na Cedynię zabrać, był to wspaniały czas... pomijając niezwykle złośliwe komary... ale to była ta ukryta opcja niemiecka... w końcu do granicy miały około 3 kilometrów.


Z racji rozłożonych kramów nie mogłam ozdjęciować całej mozaiki, ale i tak była imponująca, piękna i ogromna...


Chwila relaksu po przyjeździe... gdzie by tu założyć ognisko socjalne?


Największa miłośniczka koników, Kasia... która gotowa była z nimi spędzać całe dnie...


Z tego naczynia można skutecznie ugasić pragnienie...


Podwaliny pod ognisko zostały uczynione... trzeba było jedynie mieć w pamięci niewybuchy z czasów ostatniej wojny i nie kopać za głęboko...


Zjadłbym sobie taaaaaaaką rybę... ewentualnie kawałek boczku z rusztu?


Kto śpi do późna, temu krasnoludki znaki magiczne malują...


A tymczasem u sąsiadów... powoli otwiera się kram...


Nasz dzielny drwal z ranami ciętymi dłoni... jest żywym dowodem, że od siekiery się nie umiera, a w szpitalu nie zawsze potrafią założyć zgrabne szwy...


Każdy czas jest dobry na naalbinding... :)


Wśród szarości, beżów i zgniłych zieleni ukazała się postać w czerwieni, jedyny, oprócz nas, akcent życia w obozie...


Znajomi rzemieślnicy...



Prawda, że troszkę kolorowiej?


O tak, kozi ser był stanowczo bardzo dobry!


Chwilka przerwy, kiedy wszyscy zapisywali się na konne przejażdżki...


I na drugim końcu Polski można spotkać krajana...


Zaprezentować się z jesiotrową tarczą - bezcenne... :)


Zdążyć do obozu przed deszczem?


Pstryku Pstryk i największa tarczę mam ja! :)


Spotkanie klubu prządek... (przy okazji york okazał się psem wybitnie historycznym)


przygotowania do manewrów przedbitewnych w toku...


druga strona mocy również przygotowana...


odkryciem Cedyni i hitem sezonu były grillowane mrożone kopytka (Uber) i grillowany korzeń pietruszki (ja). Kiedy głód przyciśnie a Biedronka daleko można pójść na różne ustępstwa...


A na koniec gorąca herbatka...


Jak słusznie zauważył Blondi, las ciekawie się układał... po jednej stronie sosny, po drugiej brzozy...


Niesamowite ognisko... z perspektywy trybu nocnego... w końcu to Noc Kupały... i wiele może się zdarzyć :)


Wpierw jednak słowiańska ceremonia zaślubin, ze swatami i wszystkimi obrzędami... niestety jest to jedyne zdjęcie jakie udało mi się zrobić... pora zmierzchu nie jest moją ulubioną fotograficzną porą dnia... :(


naturalne barwienie tkanin... kunszt i poezja. :)


Turyści już się zebrali, czas się zaprezentować, zwłaszcza, że przed nami pokazy konne...


Pochód wszystkich odtwórców.... którzy później stanęli po dwóch stronach "konfliktu"...


wyjątkowo malowniczy Uber... :)


a to moje ukochane zdjęcie... gdyby jeszcze turyści nie psuli Feng shui...


czas zejść z pola... lekkozbrojny i łucznik (uzbrojony w połowiecką szablę) w akcji!


Niekończąca się kolejka dzieci czekała na możliwość przejażdżki...


Czcibor i Hodon w jednym stali domu... to jest obozie... :)


Mieszkowi nie przeczuwali najazdu...


Najgroźniejszym orężem okazała się być kapusta... wystrzeliwana z katapult i bardzo często trafiająca do celu...


No i margrabia pokonany....


Pokazy przeróżnych formacji, w tym otoczenia dowódców (moje uznanie dla koni, które wydawały się w ogóle nie zestresowane takim napierającym tłumem) były niesamowite...