poniedziałek, 23 września 2013

Fajanse niemuzealne

Faenza to jednocześnie miejscowość i gmina we Włoszech, w regionie Emilia-Romania, w prowincji Rawenna. Od średniowiecza miasto słynne było z wyrobów fajansowych, które od nazwy miasta wywodzą swoją nazwę. 

Początkowo, pod wpływem importowanej ceramiki chińskiej, dekorację malowano kobaltem (niebieski barwnik) na białym tle. Ważnym osiągnięciem technologicznym było wprowadzenie w połowie w. XVI białej glazury cynowej stanowiącej powód chluby warsztatów Faenzy.

Niestety, podczas wizyty w kolebce włoskich fajansów nie mieliśmy dużo szczęścia - muzeum było zamknięte. Jedyne, co mogliśmy podziwiać, to dość dobrze zaopatrzony (i niestety nie najtańszy) sklep, pełen delikatnych cudeniek.


Miła pani zademonstrowała proces tworzenia, a do tego pozwoliła na swobodne fotografowanie sklepowych artefaktów, ułożonych zarówno zestawami jak i cenami...


Jedne z najpiękniejszych (i najdroższych) ozdobników, najlepsze byłyby w zestawie...


Jednym z najbardziej popularnych motywów, widocznym na talerzach, kubkach i misach był ciemnoniebieski paw, duże dekoracyjne talerze z paniami z Verony i nie tylko niestety miały zabójczą cenę...


Może nie do końca mój klimat, ale może się podobać...


Dużo niebieskości... :)


Przyjemny serwis herbaciano-kawowy...


Do kompletu z paniami z wachlarzami... oraz motywy pawiowe (na górnej półce), tym razem paw w pełnej krasie...


Dzwonków ci był dostatek, do kompletu z różnymi serwisami. Mimo wszystko jednak nie zakupiłam żadnego do rodzinnej kolekcji...


Piękne panie - ujęcie z bliska...


Szalenie podobał się motyw z zielonymi liśćmi, i chociaż złe Króliczki namawiały nas na kupno miseczki dla Leona... koniec końców została zakupiona, aczkolwiek kot nie dostał prezentu... my preciouss...


Dzbaneczek, niestety, był równie przeuroczy co drogi... aczkolwiek żałuję, że został na tamtej półce...


Motywy fajansowe widoczne były również na zewnątrz, jako ozdobniki domów, niekiedy wraz z nazwą ulicy...


Dagmara za to wypatrzyła fajanse z cthulhu, niektóre wydawały się nawet przystępne cenowo, niestety, kiedy wracałyśmy nieopodal owego sklepu, był to święty czas sjesty i zastałyśmy drzwi zamknięte na głucho. :(


Przy okazji wystaw - inne spojrzenie na klasykę. Okładki sugerowałyby błyszczące wampiry i tym podobne niedorzeczności, a tymczasem... Portret Doriana Gray'a (nie mylić z współczesnym Gray'owym poczytadłem), Romeo i Julia i nie tylko... Zachęci do kupienia? Z pewnością! A potem jaka rozpacz w domu, że książka jest nie o tym, o czym się myślało. :) Ale może, mimo wszystko, skłoni do poczytania...


Takie sobie niepozorne przejście z placu Piazza del Popolo do teatru na wolnym powietrzu, a sklepienie aż zapiera dech...


Można przysiąść i w blasku (zachodzącego) słońca podziwiać wystawiane sztuki...


Smoki, gryfy, lwy i orły, a zapewne znalazłyby się i inne stworzenia, otaczały fontannę przed katedrą. Chociaż pani przewodnik zachęcała nas do picia wody z fontanny, obecność wszędobylskich gołębi i ich pozostałości skutecznie zniechęcała do takiego pomysłu, niemniej fontanna godna podziwu.


 I oto XV-wieczna katedra, zbudowana według projektu florenckiego architekta Giuliana da Maiana, która kazała na siebie długo czekać, głównie dlatego, że zagubił się ksiądz proboszcz. Sjesta minęła, a jego nie było, mimo poszukiwań telefonicznych i nie tylko. W końcu jednak budynek otworzył swoje podwoje, a wnętrze, muszę przyznać, nieco mnie rozczarowało... jak na przeszło godzinę niecierpliwego czekania i zachwytów przewodniczki...


Figurka Św. Józefa jaka jest każdy widzi... dzieciątko z niezdrowym rumieńcem i w różowych sandałkach - to chyba nowość w modzie sakralnej...


Witraż, owszem, jak na witraż ładny, ale mnie rozczarował... a gdzie piękny gotyk i renesans? Sto milionów możliwości a tu prosta geometryczna forma...


Anioł śmierci za to był ciekawy, aczkolwiek nieco straszny, bardzo realistyczny.... aż do szpiku kości...  :)


Jeden z ładnie wyeksponowanych obrazów...


Pomijając katedrę... kolejne przejście między budynkami... przeurocze, przecudne... i tak bardzo przypominające Hampton Court, siedzibę Henryka VIII.

niedziela, 22 września 2013

Jesienna lawenda

I tak niepostrzeżenie nastała nam jesień. Dni są krótsze, zimniejsze, wieczory chłodne i mgliste... a mimo tego, po sierpniowych postrzyżynach lawenda zaczęła nieśmiało wychylać się, aż w końcu w pierwszy dzień jesieni pierwszy kwiatek zakwitł... lawendopodobny :)


Oczywiście od razu pojawił się pierwszy ciekawski, samozwańczy Strażnik Lawendy...

... który po skontrolowaniu balkonowych włości ułożył się wygodnie na swojej kremowo-lawendowej poduszeczce i nakazał sobie nie przeszkadzać do wieczora...



czwartek, 19 września 2013

Schab po chińsku... z kurczaka

Tak, tak, patrząc na opis potrawy można mieć już na wstępie pewne wątpliwości, jednak oryginalnie używa się wieprzowiny, ja - z różnych racji - zamieniam ją na piersi kurczaka - smak równie dobry, a nawet wyśmienity. W końcu to jedno z moich popisowych dań. Ale może od początku, co nam będzie potrzebne?

SKŁADNIKI

1/2 główki białej kapusty
0,5 kg pieczarek
3 - 4 cebule
5 - 6 większych marchewek
1 opakowanie zielonej fasolki szparagowej
2 piersi z kurczaka
2 kostki rosołowe z kury
3 ząbki czosnku
3/4 butelki sosu sojowego (z czerwoną nakrętką)
olej


A teraz możemy zabrać się do roboty. :) Niestety, potrawa jest trochę czasochłonna, najwięcej czasu oczywiście spędzimy na krojeniu warzyw, gotowanie przy tym to pikuś, ale za to efekt nagrodzi nam niedogodności. 


Najpierw przygotujmy marynatę do mięsa. Pół buteleczki sosu sojowego wlewamy do miseczki, dodajemy olej i drobno posiekane ząbki czosnku. Piersi z kurczaka kroimy bądź to w pasku, bądź w kostkę i wkładamy do marynaty, najlepiej odstawić na pół godziny do lodówki.

W tak zwanym międzyczasie przygotowujemy warzywa: marchewkę kroimy w płaskie słupki długości ok 7-8 cm, fasolkę obgotowujemy (ale nie rozgotowujemy), pieczarki kroimy nie za drobno, cebulę w kostkę, a kapustę ścieramy na tarce bądź kroimy nożem w cienkie paski.  Dwie kostki rosołowe zalewamy wrzącą wodą w dużym kubku.

Najpierw w dużym garnku, na oleju, podsmażamy mięso z marynatą, gotowe odstawiamy do miseczki na bok. Dolewamy trochę oleju i wrzucamy pokrojoną marchewkę, podsmażamy i podduszamy ją aż zmięknie, następnie dodajemy cebulę, po chwili dorzucamy pieczarki, kiedy wszystkie warzywa będą miękkie, dorzucamy fasolkę i kapustę. Dokładnie mieszamy wszystko i zalewamy rosołem, kiedy kapusta zmięknie dorzucamy mięso z marynatą, podgotowujemy kilka minut i doprawiamy solą i pieprzem do smaku, najlepiej podawać z ryżem. Voila!


środa, 18 września 2013

Historyczny ultras

 Cytując za mordoksiążką (zwaną też Facebookiem):

Jesteś prawdziwym historycznym ultrasem, jeżeli :


*Z 20 metrów rozpoznajesz bezbłędnie 100% wełnę lub len.
*Wydajesz setki złotych na ubrania, które wyszły z mody setki lat temu.
*Odtwarzasz po 25 razy z rzędu nagranie z Discovery Channel, żeby uchwycić widok swojej stopy w lewym dolnym rogu ekranu.
*Powtarzasz jak mantrę: "już tylko 68 dni do ... (tu wstawić właściwą nazwę imprezy)".
*Wszyscy sądzą, że wynająłeś swój dom na rekwizytornię teatralną.
*W Twojej wannie kąpią się drewniane baryłki i bukłaki albo namaka łozina.
*Podróżujesz 500 km po to, aby spać w namiocie na gołej ziemi.
*Zachwycasz się zauważonym kawałkiem otwartej przestrzeni, myśląc: "Łał! Ale to by był świetny teren na bitwę!"
*Temperatura dzień w dzień dochodzi do 35 stopni, ale Ty twardo chodzisz w wełnie.
*Patrzysz na śliczną dziewczynę w kostiumie kąpielowym i zastanawiasz się jak pięknie wyglądałaby w stroju historycznym.
*Wracasz do domu połamany, z poparzeniami, stłuczeniami, skaleczeniami i obtarciami na całym ciele i cieszysz się, że udało ci się spędzić fantastyczny weekend.
*Podejmujesz decyzje odnośnie swojej zawodowej działalności pod kątem jej kolizji z rekonstrukcyjnymi wyjazdami.
*Decyzję o zakupie samochodu uzależniasz od tego, czy zmieścisz w nim maszt od stożka.
*W poniedziałki Twoi koledzy z pracy komentują śmieszną opaleniznę na Twojej twarzy, która kończy się na poziomie czepka.
*Nikt nie wytrzymuje oglądania historycznych filmów kostiumowych razem z Tobą.
*Twoje auto za 100 tysięcy moknie na deszczu aby twój namiot za 2 tysiące mógł leżeć w suchym garażu.
*Kupujesz prawdziwe, drukowane książki... i naprawdę je czytasz!
*Po drodze na festyn i z powrotem pytają Cię w barze, na stacji benzynowej, na pogotowiu itd. czy jesteś Amiszem?
*Wydajesz więcej na jedną parę butów z epoki niż na swoje wszystkie współczesne.
*Twoi sąsiedzi przestają się dziwić, widząc Cię łażącego po okolicy z tarczą i włócznią lub mieczem.
*Jesteś zawsze spłukany.
*Uwielbiasz Monty Pythona i znasz na pamięć jego wszystkie słynne skecze.
*Twoja gwiazdkowa lub urodzinowa lista życzeń wygląda jak zamówienie zaopatrzeniowca ze służb kwatermistrzowskich.
*Jesz pięć posiłków z jednego talerza myjąc go w międzyczasie tylko dwukrotnie.
*Kubka nie myjesz wcale, ograniczając się do zerknięcia na dno czy jeszcze ujdzie i wytrząśnięcia mrówek przed ponownym użyciem.
*Twoje dzieci potrafią wyłapać i poprawić wszystkie nieścisłości swojego nauczyciela historii.
*Na wyprzedaży interesują Cię przede wszystkim gliniane dzbanki i drewniane baryłki.
*Twoja sypialnia przypomina ekspozycję muzealną.
*Jednym rzutem oka odróżniasz szwy ręczne od maszynowych.
*Robisz różne dziwaczne rzeczy ponieważ są historycznie poprawne.
*Nie wiesz co to jest i niespecjalnie Ci smakuje, ale to jesz.
*Podnieca Cię kawałek starego złomu i chomikujesz go bo to prawdziwe KUTE żelazo.
*Pytasz swoich znajomych czy nie mają jakichś niepotrzebnych kości.
*Kiedy potrzebujesz jakiegoś przedmiotu codziennego użytku, którego akurat nie masz, rozważasz całkiem na serio czy zamiast go kupić nie lepiej go sobie zrobić i to nie z półproduktów ale surowych materiałów. Nawet jeśli będzie to wymagać wytopu żelaza, strzyżenia owiec, ukatrupienia zwierzątek domowych Twojego sąsiada albo wycięcia paru drzew.
*Mijasz dzikie zwierzę potrącone przez samochód i przyglądasz się czy jakiś kawałek by Ci się nie przydał.

Ile z tych punktów odnosi się do Ciebie? :)

sobota, 14 września 2013

Szwedzki podusznik

Kilka półsennych i bezsennych nocy minęło i szwedzki podusznik został ukończony! W sumie jako pierwszy z całej serii. Podusznik brązowo-zielony i niebieski są w fazie wyhaftowanej, nie-zszytej; zielony i bordowo-złoty w fazie haftowania. Tym razem jednak już, powoli, na spokojnie, w wolnej chwili, zima w końcu będzie jeszcze długa... Muszę też sobie chyba zabrać jakiś do Wilhelma, czasami się długo czeka, a takie bezproduktywne czekanie jest wyjątkowo niesmocze...


Pomoce dydaktyczne w postaci: poduszki z IKEI (z braku owczego runa zdecydowałam się na taki wypełniacz, po który zresztą odbyła się specjalna wyprawa), nieodzownych medievalnych nożyczek, odpowiedniego płótna (mam cichą nadzieję na jego nową dostawę) oraz kilku sympatycznych mulin w kolorze szwedzkiej flagi.


W trakcie haftowania okazało się, że trzeba było zmienić nieco kolorystykę. Dwa odcienie niebieskiego za bardzo się ze sobą "zlewały", więc niestety trzeba było wypruć ze dwa drzewka i zmienić kolor na soczyście słoneczny.


Haft, oczywiście taki sam jak w przypadku dużej poduszki - słupkowy, wzór - z westfalijskiej poduszki ołtarzowej, z końca XIV wieku, kolorystyka zmieniona.


Jedyne, nad czym boleję, to fakt, iż podusznik nie zdążył się dorobić czterech chwościków. :( Jednak został ukończony o 5:00 rano, a po 7:00 już jechał na lotnisko, żeby polecieć do Szwecji.  Podróż miał znakomitą i znalazł dobry dom, gdzie trafił w godne ręce Pani Domu. :)

wtorek, 10 września 2013

Kot porą jesienną

Dni stają się krótsze, zimniejsze, więc i Leon wykorzystuje każdą chwilę, by naładować futrzaste akumulatory na zimę. O dziwo, kiedy jest w miarę ciepło i słonecznie, wyleguje się na dywanie w pokoju, za to w nocy decyduje się na kąpiele w lunarium - miauczy niemiłosiernie, żeby go wypuścić na balkon (temperatura w okolicy 5 - 7 stopni , ale jeszcze na plus), po czym układa się na taboreciku i kontempluje nadchodzącą jesień w promieniach księżyca.  I jak tu zrozumieć kota?


poniedziałek, 9 września 2013

Gedanistyka

Od pewnego czasu marzyło mi się zgłębianie wiedzy o mieście, w którym się urodziłam. Opcji jest wiele, poprzez zdobywanie informacji z książek, zapisanie się na kurs przewodników PTTK, bądź... studia podyplomowe. W poprzednich latach nie zdążyłam z rekrutacją z różnych powodów, teraz jednak, przebywając 1500 kilometrów od Gdańska, moje papiery, dzięki Pannie M., złożyły się w dziekanacie.


Studia są dwusemestralne, sobotnie, ujęte w trzech blokach tematycznych, a każdy semestr kończy się egzaminem. Na razie jestem nastawiona bardzo pozytywnie i mam nadzieję, że ten stan będzie się przez najbliższy rok utrzymywać. :)

1. BLOK CHRONOLOGICZNY

 - Gdańsk we wczesnym średniowieczu
 - Gdańsk w późnym średniowieczu (XIV - XV wiek)
 - Dzieje Gdańska nowożytnego - ustrój, prawo,
 - Gdańsk w granicach Prus - Niemiec - w XIX wieku
 - Wolne Miasto Gdańsk
 - Trójmiasto w PRL-u

2. BLOK PROBLEMOWY (KULTURA I DZIEDZICTWO)

 - Archeologia na terenie Gdańska
 - Socjotopografia Gdańska średniowiecznego
 - Kultura materialna Gdańska nowożytnego (wnętrza mieszczańskich domów)
- Życie codzienne w nowożytnym Gdańsku (i jego terytorium)
- Kultura literacka i teatralna Gdańska
- Kultura słowa drukowanego (czasopiśmiennictwo, drukarstwo, nauka)
- Muzyka dawna Gdańska
- Stosunki wyznaniowe w Gdańsku
- Malarstwo gdańskie
- Architektura sakralna, przemysłowa i militarna Gdańska
- W kręgu rzeźby gdańskiej
- Gdańskie rzemiosło artystyczne
- Morskie dziedzictwo Gdańska i Trójmiasta

3. BLOK REGIONALNY
 
- Dzieje wybranych gdańskich dzielnic (Chełm-St. Szkoty, Wrzeszcz, Oliwa)
- Dzieje Gdyni i wybranych gdyńskich dzielnic
- Dzieje Sopotu
- Historia Pomorza


Wykorzystam w tym miejscu opis studiów, ze strony uniwersyteckiej, bardzo zresztą zachęcający:  

Blok zajęć w ujęciu chronologicznym pokazuje meandry dziejów Gdańska i jego najbliższego otoczenia od czasów najdawniejszych poprzez średniowiecze, epokę nowożytną, wiek XIX po dzieje najnowsze, okres „Solidarności” i przemian ustrojowych schyłku XX wieku. 

Blok zajęć w ujęciu problemowym, najbardziej rozbudowany, ma za zadanie przedstawić najważniejsze zagadnienia z zakresu szeroko pojętej kultury duchowej i materialnej naszego miasta. Z jednej strony architektura, rzeźba, malarstwo i rękodzieło najważniejszego niegdyś ośrodka gospodarczego i kulturalnego w tej części Europy, z drugiej zaś życie codzienne, warunki materialne egzystencji, wnętrza mieszczańskich domów, prawo i porządek w mieście. Dziedzictwo literackie, szeroko pojęta kultura słowa drukowanego, muzyka, skomplikowana sfera stosunków wyznaniowych, tradycje morskie Gdańska, to pozostałe monograficzne propozycje dla kolejnej, czwartej już edycji naszych studiów. 

W toku naszych zajęć funkcjonuje także trzeci blok tematyczny, regionalny, w którym rezerwujemy miejsce dla współtworzących Trójmiasto ośrodków sąsiednich, Gdyni i Sopotu, z większym niż dotąd uwzględnieniem ważnych dla Gdańska dzielnic, m.in. Chełma, Starych Szkotów, Wrzeszcza, Oliwy. Tu także mieszczą się najważniejsze informacje na temat dziejów Pomorza. Większość przedmiotów dzieli się na część teoretyczną (wykład najczęściej multimedialny) oraz praktyczną (wykład w terenie, często powiązany ze zwiedzaniem zabytków, muzeów, itp.)

Pierwsze koty za płoty już 5 października! :)

sobota, 7 września 2013

PGE ARENA alive

Cudze chwalicie, swego nie znacie, można by rzec. Do tej pory jakoś nie odwiedziłam naszego rodzimego, gdańskiego, bursztynowego stadionu, a szkoda... zwłaszcza w okolicach Euro. 


Teraz jednak okazja się trafiła - przyjazd Panny Ady (przy okazji wszystkie zdjęcia są jej autorstwa, nie licząc kilku, na których pojawia się ona, jako iż Mistrz Nikos spoczywał w głębokościach szuflady), więc w samo południe wyruszyłyśmy na podbój...

  
Jak pouczają nas na stronie PGE ARENA "naturalne piękno bursztynu oraz wielowiekowe tradycje portowe Gdańska stały się inspiracją dla koncepcji stadionu PGE ARENA Gdańsk. Poszycie dachu złożonego z modułów w sześciu odcieniach koloru pomarańczowego idealnie oddaje kolorystykę bursztynu, a dźwigary konstrukcji stalowej dachu wyglądają jak wręgi statku".


PGE ARENA Gdańsk to multifunkcjonalny (ładne nowoczesne słówko), nowoczesny obiekt sportowy, pełniący rolę nie tylko samego stadionu, ale też centrum biznesu (można za ekhmm niewielką opłatą pięciu tysięcy złotych za event lub przeszło stu tysięcy rocznie wynająć lożę vipowską i przynależną salę konferencyjną z restauracyjnym menu), rozrywki i rekreacji. 


Zaprojektowana tak, by móc organizować wielkie imprezy nawet do 45 tys. widzów (chociaż UEFA zmniejszyła trochę tę liczbę): mecze piłkarskie, koncerty, inne wydarzenia sportowe i kulturalne.



Stadion posiada rozwiniętą infrastrukturę użytkową: m.in. Centrum Konferencyjno-Biznesowe, T29 Sports Bar & Restaurant, muzeum Lechii Gdańsk, sklep z pamiątkami (troszkę ubogi jak na mój gust), profesjonalny tor wrotkarski, i wciąż się rozwijają.


Na parkingach czeka 1965 miejsc - większość kibiców w tym przypadku musiałaby przyjechać środkami masowej komunikacji, ale że była to wolna, bezmeczowa sobota, spokojnie Wilhelm mógł zaparkować.


Na murawę wprawdzie nie można było wejść (przy okazji, murawa w zależności od meczu, kto z kim gra, ma długość 23 lub 27 mm), ale za to można było chwilę pomarudzić na ławce rezerwowych, na wygodnych, skórzanych siedzeniach.


Dla chętnych - można było się pomodlić w ekumenicznej kaplicy, do której wzywany jest "ksiądz na telefon", w zależności od potrzeb duchowych goszczących na stadionie piłkarzy.


Sam stadion podzielony jest na kilka sektorów, dla zagorzałych kibiców, dla kibiców niezaangażowanych (hotdogowców, coca-colowców), rodzin i gości drużyny przeciwnej, oraz oczywiście vipowskie i mega vipowskie (aczkolwiek premier wolał siedzieć w dziale biznesowym).


Nie powinno zapominać się o pomniku. Pomnik to symbol, przypominajka o danym wydarzeniu, ale i świetne tło dla zdjęć pamiątkowych, zwłaszcza, jeśli przez chwilę można poczuć się jak Atlas... Jakkolwiek, mimo chęci szczerych, piłki nie udało się ruszyć z cokołu. :(

    
Teraz nie pozostaje nic innego, jak pojawić się na jakimś dobrym meczu. Byle by tylko znaleźć odpowiedni sektor. :)

 


środa, 4 września 2013

Alegorie miesięcy - wrzesień


Nazwa miesiąca września (według Brücknera) pochodzi od kwitnących w tym miesiącu wrzosów. Dawniej używano również nazwy pajęcznik od nici babiego lata.
Ze znanych przysłów o dziewiątym miesiącu, wyróżnić można:
- gdy wrzesień bez deszczów będzie, w zimie wiatrów pełno wszędzie
- gdy się wrzesień rozpoczyna na majówkę gna rodzina
- jaki pierwszy wrzesień, taka będzie jesień
- jeśli wrzesień będzie suchy, październik nie oszczędzi nam pluchy
- kiedy wrzesień, to już jesień, wtedy jabłek pełna kieszeń
- tego wrzesień nie doparzy, czego sierpień nie dowarzy
- we wrześniu tłuste ptaki, mróz w zimie nie byle jaki
- we wrześniu tak jak w sierpniu tylko dni są krótsze
- wrzesień chodzi po rosie, zbiera grzyby we wrzosie


Bardzo bogate godzinki księcia de Berry
(fr. Les Très Riches Heures du duc de Berry) - Wrzesień


Na pierwszym planie przedstawione jest winobranie. Winogrona są składane na wózku oraz do pojemników, zawieszonych na grzbietach mułów. Na drugim planie wznosi się zamek w Saumur. Znaki zodiaku: panna i waga.


Grimani Breviary: Wrzesień, ok. 1490 - 1510, nieznany autor flamandzki,
Biblioteca Marciana, Wenecja

 
Godzinki Joanny Kastylijskiej, Brugia, 1496 -1506


Wrzesień, karta kalendarza, nieznany artysta, ok. 1480 r., British Library


Psałterz koloński, koniec XIII w.


Walters Manuscript W.78, fol. 7r, poł. XIII w.



The Hunterian Psalter, Anglia, ok. 1170 r.




 

wtorek, 3 września 2013

Aqua aerobik - gimnastyka bogów

Bogowie musieli być szaleni każąc ćwiczyć ludziom na lądzie. Ten, kto wymyślił aqua aerobik był zaiste geniuszem! Udało mi się zapisać na wodną gimnastykę i już po pierwszych zajęciach jestem nią oczarowana. Zajęcia wprawdzie podobne, jak tradycyjne, ale poziom komplikacji większy, za to odciążenie stawów - idealne. Ćwiczenia z ciężarkami w wodzie? Czemu nie, pod warunkiem, że ciężarki są piankowe i trzeba je topić pod wodą. Może kiedyś dojdę do wprawy i odważę się ćwiczyć na głębokiej wodzie, na razie jednak świadomość posiadania pod stopami dna jest kojąca i można się nawet odważyć (co w moim przypadku jest odwagą) położyć na wodzie na plecach.

Woda w miarę cieplutka, prawie jak w termach podhalańskich - z jedną różnicą, jest to woda zwykła, chlorowana, nie zawiera przyjaznych minerałów. Zajęcia dwa razy w tygodniu i już stwierdzam, że mi mało. :( Wybierając się w dobrym towarzystwie można się idealne odstresować, zrelaksować, podnieść poziom endorfin, nie mówiąc o innych skutkach zdrowotnych. Polecam każdemu!