sobota, 20 września 2014

Karciano medievalnie

Kolejny sezon za nami... prawie... zostało jeszcze jego uwieńczenie w postaci Stepów Pomorskich. W tym roku był on bardziej rozbudowany i podzielony na dwie epoki. Do połowieckich wyjazdów zaliczyć można XIII-stkowy Czersk i X-tkową Cedynię, do okołogrunwaldzkich: otwarcie sezonu w Osicach, Grunwald, Słupsk (na którym niestety nie byłam) i Stepy.

Powoli tworzy się nowa świecka tradycja, do której obok kalendarzy medievalnych dochodzą też karty, tym razem podzielone na dwie talie. Voila! I pomyśleć, że człowiek dożył takich czasów, w których może zaprojektować własne karty według własnych zdjęć. Szkoda, że wciąż w Ameryce, a nie w Polsce, ale może któraś firma pójdzie po rozum do głowy i poszerzy nieco ofertę...

X - XIII wiek


XV wiek

sobota, 13 września 2014

Virlandzki weekend

Cudowny, wspaniały weekend w Borach Tucholskich pod gwiazdą Virlandii - dawnej gry internetowej, a daj Smoku i planszowej! Wprawdzie Zorzy Polarnej, obiecywanej w mediach, nie udało się wypatrzeć z powodu małego zachmurzenia, jednak atrakcji nie brakowało. Dla każdego coś miłego... było grzybobranie z niezwykle zgranym zadaniowo grzyb-komando, porady dla urody z niesamowitymi efektami kosmetycznymi, ogniskowe opowieści, "wróżka prawdę ci powie"... nie muszę mówić kto wróżką był i jakie karty leżały na stole... a także gry, Dixit jak zwykle świetny, ale na głowę bił Party Alias. Przy okazji powstało kilka ciekawych powiedzonek i zagadek...
- "słodkość weselna podawana o północy... brązowa" (tort czekoladowy)
- "jak mieszkasz na 10 piętrze a nie chcesz używać schodów?" (winda)
- "Jaki jest Czarny Wąż?" ?????? Nooo, jaki? (zdradziecki)
- "Coś takiego jak jedziesz z mężem, ale za rok już nie jedziesz... Miesiąc miodowy? Nie! Po polsku!" (podróż poślubna) i wiele wiele innych, rymowanie wychodziło nam dość ciekawie... wyłoniliśmy specjalistkę od opisywania słów, specjalistkę od VIP-ów, a w szczególności różnej maści tenisistów. Jednym słowem weekend był BOSKI! I należy go powtarzać.


Muchomory pozowały jedynie do zdjęcia, ale były też ważnym obiektem orientacyjnym. Koło rodziny muchomorów w prawo i już jesteś na torach... a potem parę minut i w domu...


Grzyb lady - zagłębiała się w las, by po chwili ukazać się na drodze ze swoim łupem....


Grzyb transporter - Panna Ada z wielkim koszykiem, który bardzo szybciutko się zapełniał...


I prawie całe grzyb-komando... fotograf jak zawsze po jedynie słusznej stronie obiektywu...


Grzyb-dyrektor, umilająca nam swoim śpiewem wyprawę do Mordo.... oj, to nie tak bajka...


Efekt godzinnego zmagania... maślaki, borowiki, podgrzybki, kozaki... wszystko legalnie jadalne...




A i gdzie niegdzie wrzosy można było piękne wypatrzeć...
 


"Salon u Anemonki" - odsłona I - makijaż dzienny, który stał się wieczorowym... efekt przepiękny...


Odsłona II - wieczorny wamp... a lustereczko prawdę ci powie...


Ktoś się bardzo ociągał z decyzją, czyszcząc grzyby przy stoliku, ale jednak się skusił...





 Oprócz makijażu, był też czas na sesję zdjęciową...


pogaduchy pogaduchami a tu gry czekają...



Ulubionym odezwaniem się w Dixicie było: "wąchaj moją kitę"... walka była zażarta, zwłaszcza między króliczkiem różowym a białym


 I Party Alias - uwielbiam tę grę! Zadania postawione poszczególnym grupom doprowadzały do łez... ze śmiechu...


A sama najbliższa okolica urzekała malowniczością... już prawie jesień, a temperatury pięknie letnie...

poniedziałek, 8 września 2014

Wierni wrogowie

Dawno nie czytałam tak wciągającej książki... oj, kłamię aż się z uszu kurzy, czytam same wciągające książki, ale wsiąknęłam bez reszty w świat, który stworzyła Olga Gromyko. Przede mną jeszcze seria "wiedźmowa" i zapewne będzie równie miłą przyjemnością ją czytać, na razie jednak poznałam świat z legend Belorii i Wolmerii, dobre kilkaset, jeśli nie tysiąc lat wcześniej.

Czemu tak urzekła? Jestem trochę zmęczona wampirami... zarówno błyszczącymi na słońcu edwardami (niestety, albo stety, nie byłam w stanie przebrnąć) jak i bardziej klasycznymi bladolicymi i kołko-nie-odpornymi. Do wilkołaków zawsze miałam pewną słabość, a Szelena jest wręcz moim ideałem.

Dzień, w którym stateczna (w miarę) wilkołaczka Szelena (w końcu osiadła sobie przy spokojnej osadzie, hodowała kozę, kurę, jeździła konno, pracowała jako pomocnica zielarza i rozkoszowała się spokojem) postanowiła poskładać do kupy czarownika, któremu zawistni chłopi połamali chyba wszystkie kości, a na dokładkę zrzucili do głębokiego parowu - zmienił ich życie o 180 stopni i wywrócił cały świat do góry nogami. Czemu to zrobiła? Kaprys... przeczucie... wilkołacka fantazja... ghyr wie czemu. On nienawidził wilkołaków, odkąd jeden gwałtownie skrócił żywot jego ukochanej, ona nienawidziła czarowników, odkąd jeden perfidnie i paskudnie ją torturował trzymając na granicy śmierci i życia. A jednak uratowała... przygarnęła nawet upartego ucznia czarnoksiężnika, a potem było już tylko gorzej... ucieczka była szybka, drastyczna i konieczna... do trzyosobowej gromadki dołączył wkrótce niewydarzony smok, straszliwie łasy na dziewice (i nie tylko) w celach konsumpcyjnych (niekoniecznie kulinarnych) oraz półelfia sierotka z klanu elfich assasynów. Normalnie wymarzony dream team, ale może niech bohaterowie coś sami powiedzą o sobie:

"- Wprost wspaniale! - Zakręciłam pustym kuflem i odchyliłam się na oparcie krzesła. - Znalazłam się w fascynującym towarzystwie! Wygnany czarownik, który nie jest zdolny by wyczarować cokolwiek sensownego, żeby nie zemdleć na miejscu...
- To chwilowe!
- ...smok uciekający przed przerośniętymi wilkami...
- Yhy, ledwo udało mi się ciebie dogonić!
- ...niedorostek z gruźlicą...
Rest próbował zaoponować, ale pechowo dostał ataku kaszlu.
- ...i... - Spojrzałam na Virrę, która kuliła się w przerażony kłębek - ...dziecko!
Mała poweselała. Jako jedyna z zebranych.
- I wilkołak z paskudnym charakterem - dokończył Mrok wyczerpującą charakterystykę naszej drużyny.
- Ona nie jest zwykłym wilkołakiem - westchnął Weres, w ostatniej chwili przytrzymując dłonią kufel, który akurat dotarł do brzegu stołu. - Sprawa wygląda znacznie gorzej...
- To znaczy?
- Ona jest kobietą - wyjaśnił czarownik grobowym głosem. - A tego nie uleczysz żadnym eliksirem."

Nie chcę zdradzać treści. Jednak jest cała masa przygód (aż się prosi stworzenie planszówki na podstawie powieści - ale to taki offtop i zboczenie zawodowe), w których to bohaterowie muszą się wykazać niemałym sprytem, odwagą, siłą, a przede wszystkim troszkę sobie zaufać... i nie pożądać wątroby smoka swego towarzyszącego albo chcieć wsadzić srebrny nóż swej wilkołaczej towarzyszce pod żebra. 

Urzekły mnie kelpie - magiczne konie mieszkające w strumieniach, które sprytnie udało się schwytać i które to z niejednej kabały uratowały życie swoich jeźdźców i darkan - idealny miecz, pokrywający się bluszczowym wzorem, jeśli w pobliżu pojawiła się pomroka. 

Rasy, z którymi można było się zetknąć (a najgorzej zebrać zusammen do kupy) to ludzie, elfy, krasnoludy, driady i trolle - czyli klasyka. Nie wiadomo co się kryje w niebiesiech, ale pod spodem kręcą się mrakobiesy. I lepiej do nich nie trafić!

Książka urzeka humorem... szczególnie kiedy wszyscy członkowie niechcący powstałej drużyny wzajemnie sobie docinają i dogryzają, cóż, jak to wierni wrogowie. Zawsze można liczyć na "miłe" słowo i kawałek stali, tudzież zaklęcie. 

Wrogowie naszych wrogów niekoniecznie są naszymi przyjaciółmi. Lepiej już znany mag, który nabrał trochę ciała i poskładał się do kupy i wyjąca do księżyca wilkołaczka niż czarodzieje renegaci i ghyr wie jak paskudne efekty ich zabawy w tworzenie nowych gatunków. Taki bazyliszek przy nich to pikuś, po zamienieniu czterech krasnoludów w kamień okrutnie się męczy, a łuski odpadają mu całymi płatami. Mam tylko małą nadzieję, że autorka postanowi napisać drugi tom, a jakiś miły tłumacz szybko przetłumaczyć, bo nie chciałabym się rozstawać na długo z bohaterami książki...



"Nie zawsze jest tak, że ucieszą cię kłopoty wroga. A ucieczka przed problemami hen na kraniec ludzkich ziem bynajmniej nie gwarantuje świętego spokoju. Ba, obrażanie się na cały świat nie oznacza, że masz stać z boku i patrzeć, jak ktoś usiłuje go podbić tudzież godzić się na plany dotyczące bezpośrednio twojej cennej skóry.

Zdarza się, że grupa przypadkowych osób wbrew woli wciągnięta w wydarzenia, o których nie wiedzą prawie nic może zdziałać więcej niż cały konwent arcymagów, który w praktyce wcale nie jest aż tak wszechmocny i wszystkowiedzący. A może nawet występuje w nie do końca słusznej sprawie...

Czasami wir przygody w jednej chwili burzy z trudem zbudowaną codzienność i ciska cię na drugi kraniec świata bez żadnej gwarancji na powrót, a nawet zachowanie życia."

piątek, 5 września 2014

Kotkowa siatka

Będę się chwalić straszliwie, nie swoim dziełem, a prezentem, który dostałam od Panny Magdaleny. Bardziej kotkowej siatki chyba by być nie mogło. :) Jeszcze do tej pory nie policzyłam wszystkich kotów, ale kilka z nich jest ewidentnie leonowatych. Wyhaftowanie takiej siatki zajęłoby mi więcej czasu niż poduszki westfalskiej, którą nota bene trochę nadganiam w resztkach powakacyjnego czasu. A siatką bardzo się zachwycam i zastanawiam do czego będzie służyć. Chociaż jest mocna i wytrzymała, ale musi być przeznaczona jedynie do zadań specjalnych. Jest po prostu mmmrrrrr...


środa, 3 września 2014

Niewidzialna korona

Drugi tom cyklu w niczym nie ustępuje pierwszemu, rzekłabym, że jest może nawet jeszcze lepszy? Postaci znajome z pierwszego tomu dorastają, zmieniają się, rozkwitają. Jednymi powoduje żądza zemsty, innymi miłość i uwielbienie wobec osoby, którą mają chronić. Jeszcze inni wolą władzę nad... może nie światem, ale kilkoma najbliższymi królestwami... Nuda.... i każdy dostaje to, na co zasłużył. Bestie herbowe to nie takie grzeczne kiciusie i gryfy, jak się okazuje... poza tym dzieje się, oj dzieje... Przebudza się złoty smok... coś narodziło się w Smoczej Jamie... Władysław Łokietek ma swojego doppelgangera, nie każdy Mirosław sławi pokój... i czegóż to się nie zrobi dla swojej ojczyzny... czytać, podziwiać, wzruszać się, czekać niecierpliwie na III tom!



"Po dwustu latach bezkrólewia, gdy nad Polską ciążyła klątwa Wielkiego Rozbicia, Przemysłowi II udało się odzyskać królewską koronę. I po ledwie siedmiu miesiącach padł ofiarą królobójstwa. Do wyścigu o polski tron ruszyło trzech kandydatów - prawy i mściwy Henryk głogowski; bogaty i szalony czeski król Vaclav II. I Władysław Łokietek. Karzeł? Książę zagonowy? Wieczny chłopiec, który działa nim pomyśli? Pierwszą rundę wygrał najsilniejszy - Vaclav Przemyślida, stając się naszym pierwszym obcym władcą. Na Łokietka nie mogli patrzeć nawet jego najwierniejsi. Został księciem wyklętym i wygnanym z kraju. Ale po kilku latach powrócił i pociągnął za sobą już nie możnych, ale tworzący się na naszych oczach naród. Podjął walkę nawet z żelaznymi braćmi, Krzyżakami. I znów wygrał Królestwo."

poniedziałek, 1 września 2014

Firefly

Swego czasu obejrzałam film "Serenity", który stanowił wspaniałą, steampunkową SF-kę i bardzo mi się podobał. Po kilku latach dowiedziałam się, że w sumie to zaczęłam od d... strony, bo powinnam poprzedzić go serialem "Firefly". Nic to, edukację należy uzupełniać. Serial jest bardzo zachęcający, łączący dwa gatunki, niestety trwa zaledwie jeden sezon. Nie zyskał popularności w Ameryce i został zdjęty z anteny. Po kilku latach dokręcono film, stanowiący zwieńczenie historii. Nie będę opisywać wspaniałości serialu, zrobiła to za mnie Morgiana, a jej opis można przeczytać TUTAJ. Nie muszę dodawać, że gra w nim mój ulubiony Nathan Fillion (tak, tak, mógłby pretendować do miana mężczyzny idealnego), znany chociażby jako główny bohater serialu "Castle", niedawno zresztą opisywany... "Firefly" zasłużył sobie na posiadanie galerii na kolejnej talii kart.