sobota, 21 lutego 2015

Zaraza w Gdańsku - 1709 r.

W 1709 r. dżuma zabiła w Gdańsku co trzeciego mieszkańca.

Wieści, które dotarły do Gdańska latem 1708 r., wywołały niepokój - okazało się, że przypadki dżumy odnotowano w Toruniu i Królewcu, a w październiku także w Tolkmicku nad Zalewem Wiślanym i w Tczewie. Nakazano oczyszczenie ulic z zalegających nieczystości. Wobec przyjezdnych zaczęto wymagać tzw. paszportów zdrowotnych, czyli zaświadczeń wystawianych przez medyków o stanie zdrowia z miejsca ich wcześniejszego pobytu, a drukarnia gimnazjum akademickiego wydała poradnik o tym, jak utrzymywać higienę.

Najtrudniejszym do wprowadzenia, ale zarazem też najskuteczniejszym środkiem mającym zapobiec rozprzestrzenianiu się epidemii, było ograniczenie ruchu handlowego (w końcu Gdańsk był miastem portowym).

Pierwsze ograniczenia w handlu z pruskim Królewcem, najważniejszym wówczas partnerem Gdańska na Bałtyku, wprowadzone zostały już latem 1708 r. Jednocześnie rada miasta zapewniała władze pruskie, że Gdańsk jest wolny od zarazy i apelowała jednocześnie do miast pruskich, aby nie zezwalały na wwóz łatwo zapowietrzających się towarów, takich jak futra, wełna, pierzyny, odzież i konopie.

Sukna i płótna miały być przez jakiś czas składowane w wyznaczonych miejscach dla ich przewietrzenia. Gdańscy medycy badali też załogi i pasażerów statków oczekujących na redzie, a ostateczną zgodę na ich wpłynięcie wydawali urzędnicy pracujący w twierdzy Wisłoujście.

Szyprowie statków wiślanych musieli natomiast zatrzymywać się przy posterunku obok karczmy Pod Śledziem, gdzie strażnicy kontrolowali ich dokumenty i decydowali, czy mogą wpłynąć do miasta. Kupcy próbujący się tam dostać na podstawie sfałszowanych paszportów byli ostrzegani, że zostaną wtrąceni do więzienia, będzie im grozić kara śmierci, a towar zostanie skonfiskowany i spalony.

Zima 1708/09 okazała się wyjątkowo mroźna i zaczęła się już w październiku. Dzwonnik kościoła pod wezwaniem Trzech Króli w Elblągu zanotował, że "ptaki zamarzały w locie, a jeziora były skute lodem do dna". Jeszcze w kwietniu następnego roku morze, jak okiem sięgnąć, pokryte było lodem.

Mróz najprawdopodobniej spowolnił też rozprzestrzenianie się zarazy - do końca 1708 r. w mieście nie odnotowano ani jednego przypadku śmierci z powodu dżumy. Pierwsze zachorowania zauważono dopiero w marcu 1709 r., ale nikt wówczas nie przypuszczał, że wkrótce w całym mieście zapanuje morowe powietrze.

Obawiając się, że ogłoszenie wybuchu epidemii wystraszy kontrahentów handlowych, zagrożono sankcjami ludziom rozpowszechniającym alarmujące pogłoski. Władze wprowadziły bezwzględną cenzurę, a w korespondencji z innymi miastami bagatelizowały zagrożenie, zapewniając, że Gdańsk jest bezpieczny. Ba, nawet latem 1709 roku odbył się, jak zawsze, Jarmark Dominikański, który skutecznie przyczynił się do późniejszego wzrostu liczby zachorowań i zgonów.

Kiedy broniąc się przed zarazą, inne miasta zamykały swe bramy, do Gdańska napływała biedota licząca na dobroczynność. Doprowadziło to do przeludnienia, zwłaszcza ubogich przedmieść. Władze jednak rygorystycznie wymagały przestrzegania przepisów sanitarnych i dbały, by najuboższych mieszkańców zaopatrzyć w chleb.

W efekcie nawet w najgorszym okresie epidemii nie odnotowano w Gdańsku masowych ucieczek mieszkańców, jak to działo się w innych miastach. Nie doszło też do rozprzestrzeniania się innych chorób wywołanych zaniedbaniami higienicznymi czy niedożywieniem.
Chorych umieszczano w prowizorycznych lazaretach powstających w okolicach wałów obronnych - przy Bramie Żuławskiej, przy bastionach Wół, Niedźwiedź, Lew i Wilk, a przenosiny zarażonych do lazaretu były przymusowe.

Wbrew twierdzeniom radnych na dżumę marli nie tylko biedacy, ale też wszyscy inni, w tym patrycjusze, rajcy i duchowni. W przypadku biedoty śmierć dotykała przeważnie całe rodziny, ale w dokumentach brak na przykład wzmianek o zgonach żon i dzieci rajców miejskich, które ci najprawdopodobniej wywieźli zawczasu do wiejskich posiadłości pod Gdańskiem. Faktem jest, że żaden z gdańskich urzędników nie uciekł z miasta, podczas gdy np. w Królewcu ewakuowali się nie tylko przedstawiciele władz miejskich, ale także część członków kolegium zdrowia.

Zmarłych grzebano w masowych grobach na prowizorycznych cmentarzach epidemicznych za fortyfikacjami miejskimi - za Bramą Żuławską i Oliwską, w dzisiejszej dzielnicy Siedlce. Los ten spotykał najuboższych lub obcych; zmarłych członków miejskiej elity nadal chowano w rodzinnych bądź cechowych kwaterach wewnątrz kościołów, których posadzki były nieustannie rozkopane. Oczywiście, ceremonie pogrzebowe sprzyjały rozprzestrzenianiu się dżumy.

Znacznie też wzrosły przychody kościołów, które w czasie zarazy nie zrezygnowały z opłat pogrzebowych i podzwonnych; zarabiali też na przykład drukarze, u których masowo zamawiano świadectwa zdrowia. W mieście szybko zaczęło brakować desek na trumny, a ich ceny poszły ostro w górę, przez co stały się przedmiotem spekulacji. 

W pierwszych miesiącach 1710 r. dżuma zaczęła w Gdańsku ustępować, aż w końcu 16 kwietnia doktorzy medycyny Izrael Conrad, Godfried Stüwe i Jan Ernest mogli ogłosić oficjalny komunikat o wygaśnięciu zarazy. Liczba jej ofiar - w mieście, na przedmieściach i w miejscowościach należących do jurysdykcji gdańskiej - wyniosła 33 453 ludzi.


O tych właśnie wydarzeniach, w sobotę - 21 lutego 2015 r. - można się było dowiedzieć, wstępując do Dworu Artusa. Garnison Danzig przygotował bogaty program w postaci prelekcji, stanowisk: chirurgicznego, higienicznego, a nawet charakteryzacyjnego (dla chętnych dżuma w rozkwicie lub czarna ospa). Można też było z bliska przyjrzeć się i posłuchać jak wyglądały ówczesne operacje.. Czas naprawdę bardzo przyjemnie spędzony. A mam też i dowód, że byłam tam z Mistrzem Nikosem. :)


Chirurg (po 3-letniej praktyce czeladniczej) i doktor "Zaraza" - w odpowiednim, w miarę szczelnym stroju, skórzanych rękawicach, skórzanym "dziobie" (na ogół wypełnionym wonnościami, by nie czuć fetoru) i lasce do rozgarniania części odzienia pacjentów i sprawdzania stanu ich zdrowia...



 Warsztat  pracy chirurga... narzędzia, medykamenty płynne i sproszkowane... a przy okazji kilka poglądowych ilustracji, żeby było wiadomo co można uczynić delikwentowi...


 Przenosimy na stół operacyjny...


Delikwent przygotowany do operacji, znieczulony procentami... unieruchomiony... można wyciągać kulę z przypadkowego postrzelenia... najczęściej znieczulenie pogłębia się samoistnie z bólu...


Tymczasem panie rozprawiały o poziomie higieny XVIII-wiecznej...


Jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik... a stangret jaśnie pani znajdzie się na stole operacyjnym...


Kilka portrecików przy okazji... :)


Obawiam się, że doktor będzie potrzebny już niedługo w lazarecie...


 A tymczasem w lazarecie same ciężkie przypadki... dżuma w rozkwicie...


 Dżuma, czarna ospa, cholera... od wyboru do koloru...


 A może toporkiem skrócić paluszki?


Dźwięk dzwonka oznajmiał nadejście jeszcze jednego chorego... trędowaty is coming!


Czekając na najgorsze...


Ilustracje poglądowe i przeróżne artefakty: bursztyn, laudanum...


To nie korkociąg, choć wygląda podobnie... trepanacja czaszki, ilustracja poglądowa. Przeżywało 2 na 10 pacjentów, co stanowiło i tak całkiem niezły wynik...


Tak... krew można było upuszczać z wielu ciekawych miejsc... niektóre zapewne były bardziej bolesne od innych... :)


 Lazaret pilnowany przez wojsko...


 Oględziny lekarskie czas zacząć. Kto będzie miał szansę przeżyć?

poniedziałek, 9 lutego 2015

Cytadela

Cytadela to bardzo przyjemna gra karciana, która niestety była u mnie kilka lat "półkownikiem", czekając w Boardgames Tower na lepsze czasy. W końcu, pierwszy raz zagrałam nie swoim egzemplarzem, ale... warto było... :) budowanie nierealnego średniowiecznego miasta - mmmrrr, do tego gra konkurencyjna - liczy się kto pierwszy utworzy miasto złożone z 8 dzielnic, więc nie ma miejsca na sentymenty... zmienność tożsamości jest dodatkowym atutem gry. Do tego jest kompaktowa i poręczna i można ją zabrać ze sobą praktycznie wszędzie.

Dobieranie nowych tożsamości z jednej strony ułatwia, z drugiej utrudnia grę. Ułatwia, bo jeśli za pierwszym razem dana profesja nam nie odpowiada, zawsze można sięgnąć po coś innego. Utrudnia, bo daje zmienne możliwości dotyczące budowy lub... niszczenia dzielnic.


Pudełko nie za duże, za to sporo kart: dwa zestawy kart tożsamości, karty poszczególnych dzielnic oraz złote monety i znacznik korony. Wszystko trzeba teraz dobrze potasować i voila! :)


Tożsamości są różne... i różne dają możliwości w danej rundzie. Zabójca typuje swoją przyszłą ofiarę... biskup przynosi dochody z niebieskich dzielnic, architekt może budować więcej niż jedną dzielnicę... generał może burzyć cudze dzielnice.. król... no cóż... król jest zazwyczaj na celowniku zabójcy i złodzieja, ale daje też pewne przywileje. 

Pierwsza osoba, która wybiera kartę tożsamości wie co zostanie dla innych, z każdą następną osobą pula możliwości się zmniejsza... aczkolwiek na stole pozostają zarówno nieodkryte jak i odkryte karty. Najwygodniej jeśli zabójca jest uziemiony na stole, daje to większe pole manewru... Mi jakoś często w udziale przypadał biskup... dodatkową monetą nie pogardzę, a co :)


Jest jeszcze alternatywna talia tożsamości... o nieco innych możliwościach, ale czemu by nie spróbować? :)


Karty dzielnic oznaczone są kolorami (najlepiej uzbierać dzielnice we wszystkich kolorach), po kilka z danego koloru, w lewym górnym rogu pokazany jest koszt postawienia danej dzielnicy. Tania dzielnica jednak to mniej punktów zwycięstwa w końcowym rozliczeniu.


Z zasady - nie można mieć dwóch identycznych dzielnic w danym kolorze, np. dwóch katedr, targowisk lub składów handlowych, chyba że posiada się specjalną kartę dającą takie możliwości...


Najciekawsze są karty fioletowego koloru. Dodatkowe informacje na nich zawarte dodają prawdziwego smaczku grze...
 

Niektórzy potrafią wykorzystać swoje atuty! Dzięki posiadaniu korony i sali balowej można wymuszać na innych graczach uśmiech i wdzięczne słowa: "dziękuję Ekscelencjo". Jeśli zapomnisz, cóż... twoja tura właśnie przeszła koło nosa...


Kiedy uda nam się zebrać wszystkie 8 dzielnic, wygraliśmy! Prawie... trzeba jeszcze podsumować wszystkie dodatkowe bonusy. :)

Zawartość pudełka:
  • 80 kart dzielnic (66+14)
  • 18 kart postaci
  • 8 kart pomocy
  • 30 żetonów złota
  • 1 pionek korony
  • instrukcja

Niektóre nagrody zebrane przez grę:
  • Finalista Najlepsza Rodzinna Gra Karciana według Games Magazine 2003
  • Finalista Deutscher SpielePreis 2000

sobota, 7 lutego 2015

Rok Szczura

"Rok Szczura. Widząca" - to najnowsza na polskim rynku powieść Olgi Gromyko, bestsellerowej autorki "Wiernych wrogów" i serii o przygodach wiedźmy Wolhy, to pierwszy tom trzytomowej sagi (i nie mogę się już doczekać drugiego), która opowiada losy Ryski – wiejskiej dziewczyny wykazującej pewne zdolności jasnowidzenia, której w pełnej przygód wędrówce towarzyszą: jej przyjaciel z dzieciństwa Żar – złodziejaszek i znaleziony na drodze szczur Alk – który właściwie szczurem nie jest.

"Z tysiąca ścieżek utkany jest ludzki los i tylko Najjaśniejsza Bogini wie, dokąd prowadzą. Alk pragnie władzy i sławy, Żara nęci bogate i wygodne życie, a Ryska marzy o cichym, rodzinnym szczęściu. Jednak żeby jedno marzenie się spełniło, czasem trzeba zrezygnować z innych. Szeroki świat poza granicami rodzinnej wioski jest dziwny i groźny. Czy młodej wędrowniczce starczy szczęścia, by uniknąć niebezpieczeństw i dokonać właściwego wyboru? Czy właściwy wybór w ogóle istnieje? Jak potoczą się losy Ryski i jej towarzyszy? Czy już zawsze będą tułaczami i zbiegami? Póki trzymają się razem, jest nadzieja na szczęśliwe wywinięcie się z każdej awantury." - zachęcał Empik.


Może okładka nie jest do końca fortunna, ale czasami i graficy mają dziwne pomysły. Ryska pasuje mi... aczkolwiek nie do końca widać owe przerażająco-fascynujące sawriańskie oczy (żółte oczy - dziedzictwo Ludzi Lodu? :) ), a Alk z pewnością nie wygląda tak rozpaczliwie i dramatycznie, uwieszony rękojeści miecza. No dobrze, to o czym jest ta książka?
Z początku wydawać by się mogło, że to książka dla nieco młodszych czytelników, bohaterów poznajemy jako 9 - 10 letnie dzieci, z wszystkimi ich troskami, uprzedzeniami, marzeniami i lękami (wśród których dominuje szczurolęk). Wieska, jak to wieska... jedna z wielu nieopodal rintarsko-sawriańskiej granicy. Każdy kombinuje jak może... czasami wrogie wojska przewalą się po tej stronie, czasami po tamtej... Ryska - jest właśnie takim żywym dowodem ostatniej bytności sawriańczyków... hańbą dla matki i ojczyma, którą najchętniej pozbyłby się z domu, oddając na służbę do bogatszego krewnego. A tu dziewczyna, mimo ciężkiej harówki poznaje bratnią duszę.. i odkrywa swój dar. Jest widzącą... może jeszcze nie Wędrowcem, którego całe wieski wzywają dla rozstrzygnięcia ważnych kwestii, ale dar jasnowidzenia posiada. I zaczyna dzięki niemu zdobywać szacunek ludzi.
Mija kilka lat... Na skutek afery z krową i Takką w tle (oraz ofiary ludzkiej - przebłagalnej), młody przyjaciel Ryski - Żar - ucieka z majątku w poszukiwaniu lepszego życia, ona sama po pewnym czasie postanawia podążyć jego śladami. Porywa jedną z krów, która należałaby się jej za służbę gdyby gospodarz chciał ją dać (dziwne, ale powszechnym środkiem lokomocji są krowy, a nie konie). Dopiero za granicami majątku czeka ją cała seria wydarzeń: znalezienie umierającego acz gadającego szczura, którego zgubił jeden z Wędrowców, podążanie ku sawriańskiej granicy, by spełnić życzenie Alka (owego szczura), a przy okazji zarobić 100 złotych monet, podróż na Chorobie i Śmierci, spotkanie z Żarem, który jest już nie lada miejskim złodziejem, wędrówka po bezdrożach z Szoszami w tle, a raczej pod ziemią (takie wilkołaki przy nich to pikusie małe), afera z wisielcem oraz pustelnikiem, który o dziwo zamiast na słupie lub w jaskini mieszka w eleganckim domu, bez ogródka. Bardzo ciekawie przedstawiony jest system magii, normalny człowiek powinien się dziesięć razy zastanowić czy podejdzie do egzaminu w Przystani dla Wędrowców... dar jasnowidzenia wykluczający się i mnożący również zależy od ciekawych czynników... poza tym to powieść o oswajaniu... siebie nawzajem, swojego strachu, swoich lęków i uprzedzeń... no i nie koniec, a zaledwie początek przygody... wszystkie złe moce za bohaterami, wojna wisi na włosku, jak żyć dalej, jak żyć? Ehhh, trzeba poczekać na drugi tom.

środa, 4 lutego 2015

Medievalne artefakty - suknie (2)

Słów kilka o sukniach medievalnych... bardziej może dla kogoś, kogo zainteresował temat rekonstrukcji i chciałby zobaczyć co, z czego, w jakiej ilości i jakie wykroje... a potem podejmie decyzję: chcę być po tej drugiej, właściwej stronie płotu lub... jak zobaczę kogoś tak ubranego, to chociaż będę wiedzieć co nosi. :)

UBIORY SPODNIE

Giezło
Średniowieczna bielizna miała za zadanie izolować zarówno ciało od ubrań wierzchnich (wełnianych).
Bielizna była jedynym elementem stroju, który był prany regularnie. Zazwyczaj robiono ją z lnu, dla bogatszych użytkowników z jedwabiu, a w późnym okresie średniowiecza również z bawełny. Jest podstawowym i nieodłącznym elementem średniowiecznego ubioru. Średniowieczna bielizna męska składała się z koszuli (camisia) i gaci (bracca) a czasem także ze spodniego pasa zwanego gacnikiem, a średniowieczna bielizna kobieca obejmowała długą koszulę (giezło).
Giezła popularne były w trzech typach: na ramiączkach dopasowane do tułowia, z klinami od pasa (lub bez, w wersji prostej), praktyczne do sukni o długich rękawach; giezło z długimi rękawami nie rozszerzanymi – do sukni o krótkich rękawach i giezło kąpielowe – do pół łydki, rozcinane. Giezło noszone pod sukienki wydekoltowane i z mocno dopasowanymi rękawami. Typowe dla końca XIV i
początku XV wieku.


Suknia robocza (Cote simple)
Suknia spodnia (cotte simple) to ubiór nakładany na giezło, pod właściwą suknią wierzchnią. Strój stosowny raczej do sytuacji mniej oficjalnych, prywatnych czy nawet roboczych. Zazwyczaj występowała w kolorze kontrastowym do sukni wierzchniej. Charakterystyczne dla średniowiecza były żywe kolory, łączone często w przeciwstawny sposób np. zielony i czerwony, itp.


Materiał: wełna lub len - pojedyncza warstwa. Suknia spodnia (domowa) dopasowana do tułowia, od bioder poszerzana klinami, wiązana z przodu, z krótkim rękawkiem...



lub jako suknia robocza z długim rękawem, dopasowana do tułowia, od bioder poszerzana klinami, wiązana z przodu. Suknie z długim rękawem nadają się jako spodnie do sukien wierzchnich (suknia Christine de Pisan, houppelande).


Pasujące nakrycia głowy: chustki, kaptur, kaptur typu gremlin, kapelusze z rogożyny, nałęczki.

UBIORY WIERZCHNIE

Ubiory wierzchnie stanowiły trzecią i najbardziej widoczną warstwę stroju. Ubiory te pełniły funkcje ochronne oraz reprezentacyjne (świadczyły one o statusie społecznym właściciela). Ubiory bardzo długie, luźne z bardzo obszernymi rękawami były używane głównie przez przedstawicieli wyższych warstw. Charakterystyczna dla ubiorów wierzchnich jest duża liczba form w jakich występowały. Wśród ubiorów wierzchnich możemy spotkać: surcote (XIII, XIV wiek), cotehardie, houppelande, robe, płaszcz oraz inne odmiany powyższych form
.


Cotehardie
Dopasowany w tułowiu ubiór damski, poszerzany od bioder klinami, sznurowany po bokach. Szyty z czterech części plus rękawy i kliny. Szyty z wełny z lnianą podszewką, (ewentualnie len + len lub jedwab). W standardzie jest po 7 guzików materiałowych na rękawach (lub więcej). Zamiast sznurowania po bokach lub z przodu, cotehardie mogła posiadać guziczki z przodu, takie same jak na rękawach.


Cotehardie (z lewej i jako spodnia suknia z prawej strony) oraz houppelande (z prawej)

Cottehardie noszone były zarówno w środowisku dworskim, jak i mieszczańskim, różnica wynikała z doboru materiału (koszt i gatunek).

Houppelande
Reprezentacyjny fałdowany ubiór wierzchni z workowatym rękawem. Zakładany przez głowę zapinany pod szyją na guziczki lub haftki. Szyty z wełny lub wełny z dodatkiem jedwabiu z lnianą podszewką (niewidoczna część), przy kołnierzu i wewnętrzna warstwa rękawów - jedwab. Długość standardowo do ziemi  + tren.


 Suknia Christine de Pisan

Suknia wzorowana na przedstawieniach stroju francuskiej Pisarki Christine de Pisan, żyjącej w latach 1364-1430. Wiązanie ukryte po bokach, rozcięte rękawy, opadające swobodnie. Suknia wełniana, otwarta część rękawów - jedwabna, podszewka: jedwab lub len (w niewidocznej części).



Corset Fendu (Diabelskie okna)
Luźna interpretacja królewskiego corset fendu, który w oryginale obszyty miał cały stanik gronostajami. Boki są obszyte futerkiem, a w droższej i bardziej reprezentacyjnej wersji można doszyć na przodzie ozdobne guzy.
Noszono do niego charakterystyczna fryzurę, tak zwane "baranie rogi" albo kruseler. Należy do strojów dworskich.






niedziela, 1 lutego 2015

Drako czyli Smok contra Krasnoludy

Już niedługo Dzień Murarza (lub jak kto woli Walę w tynki lub Walentynki). Jeśli ktoś poszukuje ciekawej gry we dwoje, może się m.in. zaopatrzyć w "Drako" - bardzo smoczej gry. Kupiłam ją z jakiś rok, jeśli nie więcej, temu i odleżała swoje w Boardgame Tower, do czasu zeszłorocznego Sylwestra. Temat smoczo-krasnoludzki był wówczas bardzo aktualny, i to nie tylko ze względu na Thorina, Kilego i Smauga... aczkolwiek pewne podobieństwa w grze dałoby się zauważyć. 

Słynny RPG, w którym brałam udział, spowodował chęć zagrania we wszystkie możliwe gry ze smokami na zasadzie: to zobaczymy czy uda się je pokonać... No cóż... łowcą smoków to ja nie będę... co najwyżej smoczą fajtłapą. Ani nie uratowałam krasnoludów grając po ich stronie, ani nie uratowałam smoka, będąc nim. Ale konkurencja była za silna...


Przede wszystkim zachwycają starannie i pięknie wykonane karty, plansza główna i plansze poboczne. Figurka smoka jak żywa... krasnoludy może kiedyś warto pomalować? Gra dla dwojga - i najlepiej wypróbować obie strony. Nie można stwierdzić kim gra się łatwiej, strategie gry są nieco inne.  Nie zajmuje dużo czasu, rozłożenie jej jest banalnie proste... więc często można po nią sięgać w ramach przerywników, pomiędzy innymi grami.


Słońce paliło niemiłosiernie. Niewielka, cicha dolinka, wypełniona bzyczeniem much zlatujących się do leżącej na środku padliny, zdawała się zupełnie opuszczona. Młody smok nie zastanawiał się skąd wzięła się w takim miejscu martwa owca. Bestia zniżyła lot.


W cieniu rzadkich drzew porastających granice dolinki niemożliwością było dojrzeć stojącego nieruchomo masywnego krasnoluda. Pomimo potu ściekającego mu spod wysłużonej, ale nadal niewiarygodnie mocnej kolczugi, pomimo irytującego swędzenia pod gęstą brodą i marzeń o kuflu zimnego piwa Morin nie opuścił napiętej kuszy nawet na chwilę. Czekał. 


W grze "Drako" jeden z graczy kieruje zespołem trzech krasnoludów, których celem jest pokonanie smoka. Musi tego dokonać w określonym czasie - zanim wyczerpie się talia jego kart - wówczas wygrywa grę. Każdy krasnolud jest charakterystyczny i posiada swoje umiejętności, których odpowiednie wykorzystanie jest kluczem do sukcesu (jeśli smokowi uda się uśmiercić któregoś z krasnoludów, przepadną też jego bezcenne umiejętności).

Drugi z graczy kieruje smokiem - jego celem jest przeżycie lub pokonanie krasnoludów. Gdy talia kart przeciwnika wyczerpie się - smok odlatuje, a kierujący nim gracz zostanie zwycięzcą. Wygrywa także, jeżeli uda mu się pokonać wszystkich krasnoludów (według instrukcji zdarza się to bardzo rzadko... jednak pewien feniksowy smok rozłożył mnie szybko na łopatki).


Zawartość pudełka:
  • plansza
  • 38 kart smoka
  • 38 kart krasnoludów
  • karta postaci smoka
  • karta postaci krasnoludów
  • 1 figurka smoka
  • 3 figurki krasnoludów
  • znacznik blokady (sieci)
  • znacznik furii
  • znaczniki obrażeń